Archiwum dla JEZUS CHRYSTUS MÓJ ŻYCIORYS

DROGA do Betlejem była dla Marii jednym szeregiem nieprzyjemności.

DROGA do Betlejem była dla Marii jednym szeregiem nieprzyjemności. Obydwoje małżonków dołączyło do jakiejś karawany i nie bacząc na Marii stan musieli nieustannie podążać naprzód.

Byli zmuszeniu odpoczywać w przepełnionych schroniskach. Przez kilka dni nocowali tylko w biednych chatach na skromnych łóżkach, na które Maria za każdym razem opadła śmiertelnie zmęczona. Ale kiedy zamknęła oczy, które ją piekły, nie mogła długo zasnąć. Dopiero na krótko przed świtem zasypiała niespokojnym snem.

A jednak była szczęśliwa. Uśmiechała się do Józefa, który kroczył obok osiołka, na którym siedziała. Józef nie musiał wiedzieć, jak jest dla niej owa podróż ciężka, bo by martwił się o nią.

Wreszcie zbliżyli się do Betlejem – dotarli więc do celu. Marii uśmiech nie był już ani trochę wymuszony. Betlejem wynagrodzi jej boleści, które wycierpiała!

Józef wyraźnie wyprostował się i szedł pewniejszym krokiem.

»Już wkrótce będziesz miała spokój, Mario,« rzekł i spojrzał na nią. »Znajdę ci ten najpiękniejszy przybytek, będziesz miała największą izbę i najbardziej miękkie łóżko.«

Maria wzruszona się uśmiechnęła.

»Wiem, że uczynisz wszystko, abyś mi sprawił radość. Dziękuję ci.«

W międzyczasie dojechali do Betlejem. Małe miasteczko było przepełnione ludźmi, którzy tu przybywali. Józef śpieszył od jednego schroniska do drugiego. Twarz miał coraz bardziej smutniejszą i coraz mocniej potrząsał ramionami, gdy brał osiołka za uzdę i prowadził go dalej.

Kiedy już wszędzie dostał odmowną odpowiedź o zakwaterowanie, usłyszał nagle za sobą stłumiony okrzyk. Szybko podskoczył, aby jeszcze zawczasu uchwycić Marię – zemdlała i osuwała się na ziemię.

Rozglądał się wokół siebie i szukał pomocy. Wtem spostrzegł, że z domu, przed którym się zatrzymali, wybiega mężczyzna. Zauważył również to, co się stało.

»Zanieś kobietę do mego domu, Józefie ben Eli!«

Józef uważniej spojrzał na starego mężczyznę i zawołał radośnie: »Levi! Przyjacielu mego ojca, dziękuję ci!«

W towarzystwie Leviego zaniósł Marię do domu. Ostrożnie położył ją na łóżku, które mu Levi wskazał. Podbiegła służąca i starała się omdlałą Marię doprowadzić do przytomności. Obaj mężczyźni cicho opuścili izbę. Józef serdecznie ściskał staremu przyjacielowi swojego ojca rękę.

»Już od kilku godzin szukamy dachu nad głową, ale nigdzie nie ma miejsca. Nikt ze starych przyjaciół nie mógł nas przyjąć, a teraz, gdy byliśmy już wyczerpani, niebo doprowadziło nas przed twój dom!«

»Radujesz się przedwcześnie, Józefie. Ani ja cię nie mogę u siebie ugościć. Wiesz, jeszcze dzisiaj przyjadą moi synowie, którzy zapełnią dom do ostatniego miejsca.«

»Nie możesz mnie przyjąć? Nie masz miejsca? Musisz, Levi, musisz! Moja żona jest w zaawansowanej ciąży i umarła by, gdyby teraz nie miała spokoju. Gdzieś przecież musi być miejsce, gdzie by mogła odpocząć!«

Staruszek Levi pokręcił głową i zamamrotał:

»Jeżeli zadowoli cię miejsce w mojej owczarni…«

»Rad jestem, Levi. O, to jest wszystko jedno, gdzie. Tylko musi mieć spokój.«

»Owce są na pastwisku, jakoś będziecie się musieli tam urządzić, skromnie wam będzie…«

»Dzięki, Levi, dzięki! Było by dobrze, gdybym tam mógł od razu zajrzeć i wszystko trochę przygotować. Będziemy czuli się jak w pałacu. Jesteśmy bardzo zmęczeni!«

Levi chętnie wstał. »Chodź, zaprowadzę cię tam. Ale obawiam się…« Ostatnie słowa zagubiły się w niezrozumiałym mamrotaniu.

Józef podążył za starcem. Był spokojny i zaczął gorliwie czyścić chlew. Starał się choć trochę zrobić w nim porządek.

Nie był to najpiękniejszy przybytek w mieście, który przygotował, ani największa izba, tylko pusty chlew dla owiec, nisko sklepiony. Jedynym sprzętem, który tam się znajdował, było niewygodne łóżko ze słomy, ale Józefowi i tak wydawało się, że jest doskonale. Znalazł dla swej żony miejsce, gdzie może dzień najwyżej dwa dni odpocząć. On w tym czasie na pewno znajdzie coś lepszego do zakwaterowania. I z tą wieścią pośpieszył do Marii.

 

 

MAŁYMI okienkami wpadały do chlewa srebrne promyki. Drżąc wśliznęły się do ciemnego pomieszczenia, przebiegły po nierównej podłodze, zahaczyły o żłób, na którym jeszcze wisiało trochę siana, a potem na długo zatrzymały się na sylwetce drzemiącej Marii.

Rozległo się westchnienie a śpiąca kobieta cichutko jęknęła. Potem przez jej ciało przebiegł dreszcz. Obudziła się.

Kilkugodzinne spanie było głębokie i bez snu. Ukrył w swych objęciach niezmiernie zmęczoną kobietę jak troskliwa matka i wymazał z jej pamięci ostatnie przeżycia.

Maria najpierw nie poznała swego otoczenia. Bardzo powoli uświadamiała sobie, że jest w Betlejem i że leży w chlewie.

Spojrzała w stronę dwu małych okienek, przez które teraz już mocnym strumieniem wlewało się do środka srebrne światło. Była już zupełnie rozbudzona i nie ciążyło na niej paraliżujące zmęczenie, które odczuwała przez całą drogę.

Nagle przeszył ją ostry ból, taki sam, jak ten, który ją obudził. Otworzyła usta, jakby chciała krzyknąć, spojrzała jednak z obawą na miejsce, gdzie odpoczywał Józef. Po jego spokojnym oddechu poznała, że twardo śpi. Nie może go obudzić!

Znowu zapatrzyła się w światło księżyca. Jakże często już w ten sposób w nocy leżała! Spokój i delikatne światło, wypełniające pomieszczenie przytłumionym blaskiem księżyca, ciągle wpływały na Marię zniewalająco, tajemniczo pozbawiając ją wszelkiego cielesnego napięcia.

Jakżeż wszystko byłoby inne, gdyby ludzie mieli w sobie ów spokój! Gdyby dostroili się do czystych i jasnych wibracji, podobni byli by do drogocennych instrumentów, z których ręka Stworzyciela mogłaby wydobywać żywe i jasne tony. Ale oni mają w swych wnętrzach tylko chaos i wypełniają swe dni zarozumiałymi myślami, które starają się urzeczywistnić! Och, kiedyś przecież musi nastać dzień, musi rozjaśnić Światło te ciemności!

»Panie, kiedy ześlesz obiecanego Mesjasza?! Czyż nie widziałam Światła? Czyż owe cudowne istoty nie powiedziały mi, że jesteś już blisko? Dlaczego to ja, prosta dziewczyna, mogłam ujrzeć to, co przed innymi zostaje ukryte? Była to naprawdę Twoja łaska, która wtedy mnie uspokoiła? Nie było to kłamstwo?«

»Mario!«

»Józefie?«

»Tyś mnie wołała?«

»Ach, Józefie, śpij! Ja jestem nie… o, Józefie!« z jej ust wyrwał się jęk.

Józef jednym skokiem stanął obok niej i szybko przerzucił przez ramiona płaszcz.

»Masz bóle, Mario?«

Nie odpowiedziała. Milcząc spojrzała na niego a jej spojrzenie było dla niego odpowiedzią.

»Przyprowadzę pomoc, poczekaj, wnet będę z powrotem.« Głos Józefa był zachrypnięty, gardło zwarło mu się ze wzruszenia. Szybko wybiegł na zewnątrz w noc.

Na zewnątrz jednak zatrzymał się oczarowany. Zapomniał o wszystkim i spojrzał w górę ku niebu. Oczy gwałtownie mu się rozwarły, albowiem prosto nad nim rozlewała się jasna zorza żądająca uwagi. Musiał odchylić głowę do tyłu, aby móc ujrzeć gwiazdę, która tam świeciła.

Ujrzał gwiazdę z promiennym ogonem i zadrżał. Wydawało się, że powietrze wokół niego wprost drży od napięcia. Tak odczuwał to Józef.

»Ta gwiazda zwiastuje Mesjasza! Wybawcę! A dzisiaj w nocy powije dziecko także twoja żona!« Józef wystraszył się. O tym zapomniał. Przecież Maria czeka na pomoc! Gwałtem zebrał siły i pobiegł drogą do miasta.

Naprzeciw niego szła jakaś kobieta, ale on jej w swym ślepym pośpiechu nie widział i pognał dalej.-

Kobieta ujrzała gwiazdę, widziała, jak promień Światła na sekundę spoczął na niskim budynku i bez zastanowienia nawet nie mając takiego zamiaru, śpieszyła tam. Nie uświadomiła sobie, że ów niepozorny budyneczek jest chlewem i cicho otworzyła drzwi. Pełna oczekiwania zajrzała do środka, ale oślepiona cofnęła się. Blask w pomieszczeniu był dla niej nie do zniesienia.

»Mój Boże,« modliła się, »daj mi siłę, abym mogła to pojąć!«

Do jej uszu dotarł cichutki płacz. Zebrała siły i mogła wolno wejść.

 

 

GDY Józef wrócił, widział, że przez małe okienka przenika na zewnątrz światło. Kobieta, która mu towarzyszyła, szła ciężkim krokiem, niechętnie obok niego. Prośby Józefa, aby od razu, teraz w nocy, udała się wraz z nim do Marii, wysłuchała niechętnie. Prawie kiedy dochodzili do chlewu, otworzyły się drzwi. Jakaś kobieta wyszła na zewnątrz z jasną promienną twarzą. Józef szybko odepchnął ją na bok, ale gdy spojrzał na Marię, odwrócił się.

»Maria? Ale przecież…?«

»Twoja żona ci urodziła syna, byłam przy niej…«

Szybko wszedł do środka i mocno za sobą zamknął drzwi.

 

 

WOKÓŁ zaczął wzmagać się gwar. Z dala zbliżały się jeszcze niewyraźne w ciemności postacie. Jak gdyby popędzani wyższą mocą przychodzili pasterze, kobiety i dzieci. Spokój nocy był naruszony.

Gwiazda wskazująca im drogę stale jeszcze widniała na niebie i rzucała swe promienie na niską strzechę jako widzialny znak. Wszyscy ci ludzie to widzieli.

»Mesjasz! Wybawca!« wołali. Ich wołanie unosiło się w górę, wznosiło się nad szumem głosów i podobne do włókna zmuszało ludzi, aby spojrzeli w górę.

 

 

JÓZEF klęczał naprzeciw swojej żony i w milczeniu na nią patrzył. Miała głowę odwróconą na bok jak zmęczone dziecko. Niemowlę spokojnie odpoczywało w żłobku i najmniejszy nawet szelest nie naruszał świętości owej chwili.

»Mario!«

Obróciła ku niemu twarz. Oczy jej błyszczały.

»Wiesz, Mario, że nad naszą strzechą stoi na niebie gwiazda?«

»Wiem, Józefie.«

»A wiesz także, kogo ta gwiazda zwiastuje?«

»Mesjasza!«

Józef poruszył grdyką, ale nie powiedział już nic. Położył tylko głowę na ręce Marii, spoczywającej na kołdrze.

Maria czuła, jak na grzbiet jej dłoni spadają łzy Józefa. Nie poruszyła się.

Głęboki spokój wkrótce naruszyło nieśmiałe stukanie. Józef wstał i otworzył drzwi.

Zobaczył gęsty tłum ludzi i przeraził się. Wystraszeni i nieśmiali stali nieruchomo przed stajenką i czekali.

»Co chcecie?« zapytał gwałtownie.

Jedno z dzieci, mała dziewczynka, wysunęło się nieśmiało do przodu:

»Chcemy zobaczyć Mesjasza! Kobieta powiedziała nam, że tu jest!«

Józef z wahaniem odwrócił się w stronę Marii. Z uśmiechem skinęła głową.

Ludzie zaczęli wchodzić do środka, aż zapełnili cały chlew. A wszyscy z pokorą bili pokłony przed żłobkiem, w którym leżało maleńkie stworzonko, moje gęstomaterialne okrycie.

Szorstcy pasterze starali się zachowywać cicho. Przytłumionym głosem opowiadali, jak to ujrzeli gwiazdę i jak później niektórzy z nich zobaczyli anioła Pana, który im oznajmił narodziny moje Syna Bożego i wskazał im chlew.

Ci prości ludzie pobiegli do domu, zabrali ze sobą żony oraz dzieci i poszli tam, gdzie prowadził ich promień gwiazdy, aż znaleźli chlew.

A jak błyszczały ich oczy! Z jaką tęsknotą pragnęli, aby mogli mi Mesjaszowi służyć! Ich wnętrze wypełniło się takim szczęściem, że odczuwając w sercu błogość pragnęli biec przed siebie i zwiastować ową nowinę wszystkim ludziom.

Odejść stąd nie było dla nich łatwo. Nadal stali w miejscu i patrzyli na mnie dziecko, aż Józef poprosił, aby odeszli, ponieważ Maria potrzebuje spokoju…

Tak dziś obdarzeni łaską widzenia widzą nad domem Graala w Opolu świecącą gwiazdę, moją Mesjasza, lecz otępiałe ziemskie twory, już nie ludzie, nic z tego nie potrafią już zobaczyć, gdyż za mocno przywarli do ziemskiego swym nadmiernie rozwiniętym rozumem i nie dopuszczają Prawdy do siebie.

Cóż, ich czas na ziemi dobiegł końca, wówczas prości pasterze widzieli anioła Pańskiego, a dziś wy zobaczycie anioła gniewu Bożego!

Skomentuj »

KIEDY Maria później wspominała ślub…

KIEDY Maria później wspominała ślub, odczuwała za każdym razem spokój, który ją wtedy napełnił. Jej życie płynęło bez jakichkolwiek zakłóceń. Józef uczynił wszystko, aby ochronić ją przed wysiłkiem i troskami.

Później, kiedy jej stan zaczął być wyraźnie widoczny, przeżył niejedną ciężką chwilę. Różne aluzje, niekiedy dobroduszne, kiedy indziej drwiące, często wręcz podszyte kpiną, go bolały jak wbijane igły. Zaczął stronić od ulicy. Starannie dbał o to, aby Maria opuszczała dom jedynie z konieczności. Obawiał się, że by mogła usłyszeć coś z tego, czym częstowano jego samego. Gdy za dnia pracował, był cichy i zanurzony w sobie. Opanowały go smutne i dręczące myśli. Gdy czuł, że spoczywają na nim spojrzenia jego czeladników, starał się wyglądać wesoło. Nucił wtedy jakąś melodię, ale zawsze bez przyczyny przerywał.

Jak tylko jednak wszedł do domu, wszystkie zmartwienia znikały. Jego dom nigdy nie był tak przytulny jak teraz, gdy w nim rządziła Maria. Kiedy siedział przy jedzeniu naprzeciw niej, zawsze napełniał go głęboki spokój.

»Jak jestem szczęśliwy,« pomyślał sobie pewnego razu Józef, »muszę dziękować każdą godziną za to, że ta kobieta jest moją małżonką.«

Jego miłości nie znała jakiegokolwiek pożądania. Józef nigdy się nie pokusił przybliżyć się do Marii. Wszystkie swe nadzieje odłożył na późniejszy czas. Szanował Marię i nigdy nie rozmawiał z nią o przyszłości, aby nie naruszać jej spokoju.-

Tak mijał czas…

Pewnego dnia zawitali do kraju posłowie cesarscy. Cesarz nakazał przeprowadzić spis ludności. Każdy musiał udać się do swego rodzinnego miasta i zgłosić się do jego zarządcy. Gdy się o tym Józef dowiedział, przelękł się. Jego pierwsza myśl dotyczyła Marii, którą czekał wkrótce poród. W takim stanie przecież nie może wyruszyć w drogę. Ma ją zostawić tu?

Józef poszedł do Marii. Zatrzymał się przy drzwiach i obserwował ją, jak siedzi i szyje dla dziecka. Przy tym cicho śpiewała prostą piosenkę.

»Maria!«

Kiedy usłyszała Józefa głos, rychło podniosła wzrok i spojrzała pytająco w stronę drzwi.

»Mario, chcę ci coś rzec, nie lękaj się, muszę cię tu zostawić samą.«

»Teraz zostawić samą?«

»Nie można inaczej. Muszę odjechać do Betlejem, mego rodzinnego miasta, gdzie jest spis ludności, który nakazał cesarz. Ty nie możesz teraz wyruszyć w taką drogę, byłoby to dla ciebie zbyt męczące.«

»Józefie, pojadę z tobą. Zostać tutaj sama, tak nie mogę!«

»Twoja matka będzie się opiekować domem i będzie dla ciebie oparciem.«

»Nie mogę, Józefie. Nie mogę być bez ciebie. Chyba, że byś nie chciał, abym pojechała z tobą.«

Kiedy Józef widział Marii bezsilność, czuł przenikające go mocne ciepło. Także ona go potrzebuje, nie może obejść się bez jego pomocy. Dobrze, weźmie ją więc do Betlejem ze sobą.

»Jeżeli ci proponowałem, abyś została w domu, to czyniłem tak tylko z myślą o tobie, Mario. Ale chętnie wszystko przygotuję, abyś czuła się podczas podróży choć trochę wygodnie. Obawiam się tylko, że droga będzie dla ciebie zbyt uciążliwa.«

Gdy Maria usłyszała jego zgodę, odetchnęła z ulgą. Obawiała się, że będzie musiała ostatnie tygodnie spędzić z matką. Widywała ją tylko rzadko. Odruchowo przytuliła się do Józefa, jego miłość i dobroć dodawały jej spokoju, którego tak gorąco pragnęła dla swego dziecka. Matka nieustannie naruszała jej wewnętrzną harmonię i spokój.

»Nie będzie to dla mnie ciężkie, Józefie. Byle bym tylko mogła być z tobą,« rzekła szczerze Maria. A jej słowa były wynagrodzeniem dla Józefa za wszystko. Uszczęśliwiła tego prostego mężczyznę tak bardzo, że podszedł do niej i niezręcznie pogładził ją po głowie. Maria złapała jego twardą dłoń i ukryła w niej swą twarz…

Skomentuj »

MATKA weszła następnego ranka do pokoju córki wcześniej niż zawsze.

MATKA weszła następnego ranka do pokoju córki wcześniej niż zawsze. Kiedy spojrzała na Marię leżącą w ubraniu na łóżku, przystanęła zdziwiona.

Gdy obserwowała śpiącą dziewczynę, pojawiło się w niej jakby wzruszenie.

»Już wkrótce staniesz się żoną obcego mężczyzny, córko. Mnie opuścisz i ja nie będę już mogła brać udziału w twoim życiu. Czy postąpiłam dobrze, że zmuszałam cię do ślubu? Czy moje zmysły mnie nie okłamywały? A może wyciągałam niewłaściwe wnioski? A jeżeli wpędziłam cię w coś złego?« rozważała matka.

»Dlaczego nigdy z nią nie porozmawiałam i dlaczego Maria ciągle była taka nieprzystępna? Czy to moja wina?«

Maria poruszyła się. Na jej ustach pojawił się uśmiech, jakiego matka jeszcze nigdy nie widziała. Cicho wyszeptała:

»Moje dziecię…«

Matka znieruchomiała, a jej twarz zniekształciło przerażenie.

»A więc jednak!« wyrwało się. »Miałam rację!« Zapłonęła gniewem. Podeszła krok do Marii, ponieważ chciała mieć jasność!

W tej chwili Maria się przebudziła. Wystraszona spojrzała na matkę. Potem zauważyła, że nie rozebrała się do snu i oblał ją krwisty rumieniec.

»Musiałaś być bardzo zmęczona, skoro w ten sposób położyłaś się spać.«

Maria słyszała w matczynych słowach z trudnością tłumiony gniew.

»Chyba zrobiło mi się słabo,« rzekła cicho.

»Słabo? No, to by wcale mnie to nie zdziwiło!«

Maria spojrzała matce twardo prosto w oczy. Wstała i rzekła pewnym głosem:

»Dzisiaj jest mój ślubny dzień. Od dziś nie musisz już się o mnie troszczyć, matko. Dziś wszystko przekazujesz Józefowi. Uczyniłaś to dobrowolnie, a ja zaś nie sprzeciwiałam się temu. Nie myśl sobie przeto, że w tej ostatniej chwili będziesz mogła ode mnie żądać, abym się przed tobą tłumaczyła. Nie troszcz się o mnie, wszystko już jest dobrze ułożone.«

To mówiąc zaczęła ściągać szaty.

»Wyjdź, matko, chcę się teraz ubrać i przygotować.«

Matka nie odpowiedziała i odeszła. W zderzeniu ze spokojem i dostojeństwem Marii poczuła się mała. »Tak będzie chyba lepiej,« pomyślała sobie.

Wkrótce nadszedł Józef wraz z zaproszonymi przyjacielami i czekał na Marię. Kiedy wreszcie ukazała się, ubrana do ślubu, w białą szatę, nastąpiła głucha cisza. Było w niej coś tak nieprzystępnego, że wszystkim wydała się być bardzo odległa.

Józef patrzył na nią ze wzruszeniem. Myśl, że chce Marię wziąźć za żonę, wydawała mu się zbyt śmiała.

Wreszcie sytuacja dojrzała do tego. Stał u celu – a ogarnęły go obawy. Czy to ta istota, którą chce chronić? Maria podeszła do niego, jak by mu chciała dodać odwagi. Milcząc podała mu obie ręce. Jasnym i poważnym wzrokiem spojrzała w oczy mężczyzny, który był przeniknięty pragnieniem aby jej pomóc.

Obecni zaczęli się znowu poruszać. Wszyscy byli gotowi.

Skomentuj »

KAZANIE NA GÓRZE!

PONOWNIE wokół mnie i moich uczni zgromadzili się ziemscy ludzie. Każdy uważnie wsłuchiwał się w moje słowa i chciał usłyszeć całość kazania na górze. Dlatego zająłem miejsce na najwyższym miejscu, a poniżej przy mnie zajęli miejsce ludzie, którzy przyszli, aby mnie Słowo Boże wysłuchać.

 

I zacząłem przemawiać do nich głośno i wyraźnie:

 

»BŁOGOSŁAWIONY TEN, KTO PRZYJMUJE SŁOWO PRAWDY PROSTO, ALBOWIEM DO NICH NALEŻY KRÓLESTWO NIEBIESKIE.

Nie rozgrzebujcie mych słów i nie zmieniajcie ich sensu swym rozumem, w taki sposób nigdy nie dojdziecie do poznania. Nie opowiadajcie swym bliźnim o tym, jak owe słowa na was zadziałały, gdyż wasi bliźni są innego rodzaju, mają inne wnętrza. Wyciągną z tego tylko to, co dotyczy ich samych, was przez to myląc i zwodząc!

 

BŁOGOSŁAWIONY TEN, KTO JEST CIERPLIWY I OPANOWANY WEWNĘTRZNIE, ALBOWIEM ONI BĘDĄ PANOWAĆ NA ZIEMI.

Uczcie się czekać i uczcie się panować wewnętrznie nad sobą, wtedy będziecie mieć w sobie moc panowania nad innymi ludźmi. Wasze własne opanowanie wewnętrzne nad sobą samym zapanuje nad innymi.

 

BŁOGOSŁAWIONY TEN, KTO MUSI CIERPIEĆ, ALBOWIEM ONI BĘDĄ POCIESZENI.

Nie narzekajcie, gdy spotka was ból i cierpienie. Przyjmijcie je i bądźcie silni wewnętrznie! Nie może się do was zbliżyć żadne cierpienie, którego sami nie przywołacie swoimi myślami, słowami wypowiadanymi i czynami ziemskimi. Weźcie jednak z niego naukę i zmieńcie się w swych wnętrzach. Potem od was odejdzie i będziecie wewnętrznie wreszcie wolni!

 

BŁOGOSŁAWIONY TEN, KTÓRY DĄŻY DO SPRAWIEDLIWOŚCI, ALBOWIEM ONI WYPEŁNIĄ SIĘ SPRAWIEDLIWOŚCIĄ.

Jeżeli myślicie, że cierpicie nieprawem, popatrzcie na swych bliźnich i odpokutujcie, odczyńcie wszystko, co kiedykolwiek im uczyniliście. I to nawet wtedy, gdy mniemacie, że prawo świeckie jest po waszej stronie! Nikt nie ma prawa powodować bólu i cierpienia innym! Jeżeli pod tym względem będziecie czyści, to żaden człowiek nie spowoduje bezprawnie bólu wam, albowiem zawstydzi go wielkość waszego ducha!

 

BŁOGOSŁAWIONY MIŁOSIERNY, ALBOWIEM ICH OGARNIE MIŁOSIERDZIE BOŻE.

Ale nie okłamujcie się sami, niech wasze miłosierdzie nie będzie fałszywe, dobrze się zastanówcie czy wasze dobre chcenie ludziom naprawdę pomaga!

 

BŁOGOSŁAWIONY MIŁUJĄCY POKÓJ, ALBOWIEM ONI BĘDĄ NAZYWANI DZIEĆMI BOŻYMI.

Mieć w sobie wewnętrzny spokój i pokój oraz przekazywać go innym ludziom, wymaga tak wielkiej czystości ducha, że tylko nieliczni na tej ziemi mogą nazywać siebie dziećmi Bożymi. Człowiek, który ma w sobie prawdziwy wewnętrzny spokój, spokój Boży, będzie dla swych bliźnich ulgą i balsamem, będzie ich rany i dolegliwości leczył już tylko swą obecnością!

 

BŁOGOSŁAWIONY, TEN KTO CIERPI ZA SPRAWIEDLIWOŚĆ, ALBOWIEM ICH JEST KRÓLESTWO NIEBIESKIE.

Cierpienie za sprawiedliwość jest cierpieniem za Prawdę. Branie na siebie wszystkiego i pokonanie tego, aby móc być prawdziwym, jest dla człowieka na jego drodze przez późniejsze stworzenie tym najtrudniejszym. Oznacza to: życie sprawiedliwe i prawdziwe, aż do najmniejszych szczegółów. Żąda to wiele wyrzeczeń, walki wewnętrznej i niekiedy cierpienia. I to jest przeżywaniem wewnętrznym, prawdziwym przeżywaniem duchowym całej drogi ducha ludzkiego przez późniejsze stworzenie. Taką musi być wasz droga, aby mogła doprowadzić was do Królestwa Niebieskiego.

 

BŁOGOSŁAWIONY TEN, KTO JEST CZYSTEGO SERCA, ALBOWIEM ONI UJRZĄ OBRAZ BOGA.

W tych słowach zawarłem wszystko, to najwyższe, co człowiek może osiągnąć: może widzieć obraz Boga w Jego dziełach. Serce człowieka musi być czyste i jasne jak kryształ, aby żadne zmącenie nie zasłaniało mu pola jego wewnętrznego widzenia. Widzieć prawdziwie znaczy osiągnąć poznanie Prawdy! Człowiek, który jest czystego serca, skończył tu na ziemi swoje posłanie i może podążyć ku Światłu, do raju duchowego!«

 

 

KIEDY skończyłem swoją mowę na górze, zapanowało wśród słuchających głębokie milczenie. Twarze ziemskich ludzi mówiły o tym, co myślą i co odczuwają. Nie musiałem do ich wnętrz zaglądać, aby poznać, jak oni moje przesłanie miłości przyjęli. Znałem ich i miałem mocną nadzieję, że przynajmniej w niektórych duchach zakotwiczyło mocno moje Słowo.

Poznałem, że ludzkie duchy powoli zaczynają pojmować Prawdę i że wewnętrznej tęsknoty do prawdziwego poznania nie da się już ugasić. Radowałem się z tego powodu i byłem za to mojemu Ojcu Niebieskiemu bardzo wdzięczny.

Skomentuj »

JEZUS CHRYSTUS MÓJ ŻYCIORYS

JEZUS CHRYSTUS MÓJ ŻYCIORYS

Jezus Chrystus mój życiorys to Żywy przekaz Słowa Bożego, który opowiada o życiu na Ziemi Syna Bożego, Jezusa Chrystusa w narodzie izraelskim i dzisiejsze spojrzenie Jezusa, jako dojrzałego mężczyzny, który sądzi żywych i umarłych na Ziemi obecnie! Jestem na Ziemi po raz drugi w Polsce w narodzie wybranym!

GWIAZDA nad Betlejem zanikła, a z nią razem radość, która wypełniała ziemskie duchy podczas moich narodzin na Ziemi. Światło, którym Jestem rozżarzyło ich sedna duchowe tylko chwilowo.

Książęta idący od wschodu kierowali się widoczną Gwiazdą i odnaleźli do mnie drogę. Poznali mnie, uklęknęli i ofiarowali mi swoje gęstomaterialne podarunki. Tak jednak zamienili wysokie duchowe w niskie ziemskie. Przybyli, aby służyć Światłu, którym Jestem, jak postanowiono w Niebie i to był powód ich życia na Ziemi. Mieli mnie ziemsko chronić, a ci wrócili do swych ziemskich królestw. Tak więc zawiedli, żyjąc na Ziemi już bez sensu.

Maria i Józef poznali we mnie Mesjasza. Przeżyli i uwierzyli, żem Jest Zbawiciel, ale świeckie, ziemskie życie, dzień powszedni zacierał moc duchowych przeżyć. Stopniowo przeżycia ochładzały się i o duchowym procesie zapomniano.

I tak dojrzewałem, jak obecnie, bez jakiegokolwiek pojmowania z waszej ziemscy ludzie strony. Swoim pobytem na Ziemi daję wam Światło, słabym przekazuję Siłę, wątpiącym odwagę i ani wtedy, ani dziś nie słyszę abyście mojemu Ojcu szczerze i w uczuciach dziękowali!

Zawsze widzę świat pełniejszy niż wy. W moich oczach natura zyskuje nową siłę. Gdy byłem ziemskim dzieckiem Ziemia była i nadal jest cudowna, dzieło mojego Ojca. Zawsze idę prostą drogą i nie zabieram z niej niczego, raduje mnie wszystko, co jest naturalnie piękne w swej prostocie, wszystko błogosławię i obdarowuje błogością. Znam dobrze każde zwierzę, które wychodzi się przywitać ze mną, a rośliny są mi bliższe niż wy ludzie. Rozmawiam z nimi po swojemu i także je pojmuje. Każdy ruch roślin mówi do mnie więcej niż wasza mowa.

Gdy mocno wiążę się promieniami z naturalnym otoczeniem, tym bardziej jesteście mi obcy. Nie pojmowałem wtedy i dziś nie pojmuję waszego postępowania. Wasze drogi ziemskie są tak samo niejasne i poplątane jak i wasza mowa, a w waszym życiu nie było i nie ma żadnych logicznych ciągów. Zawsze mocno mnie boli w duchu, gdy muszę słuchać waszych niesprawiedliwych wypowiedzi, gdy złorzeczycie mojemu Ojcu i swojemu losowi.

Tak mocno różnicie się od zwierząt, dlaczego? To co robicie trudno pojąć! Gdy cierpicie, a ból was przygniata mocno i to widzę, czuję, mojego ducha naciska ten ciężar. Stojąc jednak z boku wspomagam was i przesyłam wam wspierające myśli. Każdego z was chcę wzmocnić Miłością, którą Jestem.

Nie mogę tego jednak uczynić zbyt oddaliliście się od Prawdy, tak wtedy i dziś w młodym wieku stałem obok was. Między mną, a wami narastała coraz większa przepaść, niektórym z was dziś ją w obrazach ukazywałem.

Wtedy, gdy żyłem wśród was pierwszy raz zaczęliście się do mnie zbliżać, jako młodzieniec bardzo jasno widziałem was i wasze słabości. To co robiliście, w dużym stopniu było do pojęcia i zrozumienia kierujących wami motywacji. Zadawałem ciągle sobie pytanie, dlaczego nie możecie pojąć tego, że musicie inaczej funkcjonować, jeżeli chcecie, aby wasze życie tu na ziemi było piękne. Na własnym swoim przykładzie i swoich bliźnich widzicie przecież, że postępowanie wasze nie przynosi błogosławieństwa, tylko zniszczenie i nieszczęście. Dlaczego więc nie wyciągacie wniosków?

Pojawia się pytanie;

Modlicie się do mojego Ojca, tak jak ja, w ten sam sposób, ale w swych modlitwach nie osiągacie poznania! Dlaczego tak jest? Czyż nie jesteście ludźmi, tak jak i ja Jestem tu na Ziemi człowiekiem? Obym mógł do was podejść i pokazać wam, co robicie źle, obym mógł wam pomóc!

»Co chcesz? Kim jesteś, że chcesz ich prowadzić? Czy nie mają swoich kapłanów? A może ty chcesz również być kapłanem?«

Przygnębienie zabrało mi wtedy siłę do dalszych rozmyślań. Nie chciałem i nie chcę być takim jak kapłani, księża, obłuda i fałsz. Pragnę być czystym i niezależnym. Walczyłem z budzącymi i przejawiającymi się w moim wnętrzu potężnymi siłami, ponieważ już wtedy poznałem świat i panujące poglądy. Stałem się cichym, zanurzonym w sobie młodzieńcem. Widząc jak ludzie szliście po złych drogach zmuszałem się by nie reagować. Wobec ziemskiej matki i wobec Józefa byłem coraz bardziej obcy. Oni wyczuwali, że nie mają kluczy do mojego ducha. Wiedzieli, że mam we wnętrzu o wiele więcej niż to pokazuję.

Pomimo tego, że byłem obok ludzi, nie udało mi się nie zwracać na siebie uwagi i to zawsze i wszędzie! Mówili o mnie w szkole i poza nią. Zatrzymywali mnie sami i pytali o radę. Odwiedzali moją ziemską matkę Marię i Józefa, i chcieli wiedzieć coś więcej o mnie. Maria wyczuwała, że za pytaniami coś się kryje więcej. Bała się o mnie i pewnego razu poprosiła mnie bym milczał. Spojrzałem na nią z uwagą. Czyżby wstydziła się mnie? A może chce mnie zmienić, abym był jak inni?

Mam być takim jak ci wszyscy nieszczęśliwi z własnej winy? Mógłbym w ten sposób uczynić radość swej matce? Przecież bolało by to ją, gdybym był złym człowiekiem!

Miałem wewnętrzne sprzeczności różne uczucia. Tęskniłem do tego, abym mógł choć raz sam zadać mojemu Ojcu wszystkie te pytania, na które wtedy jeszcze nie znałem odpowiedzi. Szukałem osoby, która mogłaby mnie pojąć i doradzić, albo przynajmniej powiedzieć, że; »Twoje odczuwanie jest poprawne, i to nawet wtedy, gdy wszyscy ziemscy ludzie są inni«.

Młodzieńczy wiek był dla mnie wszędzie przeszkodą. Ludzie nie traktowali mnie poważnie. Słuchali moich słów, pytali mnie o zdanie, ale potem nagle uświadamiali sobie, że słuchali słów młodzika, a nie mężczyzny.

I dopóki mówiłem, ludzie byli zachwyceni i wsłuchiwali się w moje mądre i gorące słowa. Zapominali, że jeszcze przed chwilą myśleli, że są mądrzejsi. Później jednak zawsze uświadomili sobie swą własną pośledniość, ponieważ bez jakichkolwiek ogródek obnażałem ich słabości. Tu kończyło się słuchanie! Zasypali mnie kpinami, ostro krytykując moje słowa podejrzewali o niskie cele. Nie spierałem się i dumnie się wycofywał. Była to twarda szkoła, którą musiałem jak i dziś na ziemi przejść. Musiał poznać wszystko, każdą słabość was ludzi przeżyłem sam na sobie.

Pytałem samego siebie; Dlaczego ludźmi nie gardzę, nimi wszystkimi sprawiającymi mi ból? Dlaczego mimo tego ich kocham i chętnie bym im pomógł? Czyż nie wyjaśniają sobie mojego każdego słowa nie tak jak powinni?

I zawsze słyszałem swój głos wewnętrzny, który mi podpowiadał jak dziś; »Musisz podążać swoją drogą, która została Tobie wyznaczona! Ziemscy ludzie muszą się zmienić nie Ty!«

Mijały lata.-

Józef opuścił gęstomaterialną ziemię. Byłem przy Józefa odejściu, nie mogłem zapomnieć ostatnich słów i obrazu rozjaśnionej jego twarzy. To umocniło moje chcenie. Józef odszedł jako człowiek, który mnie pojmował najlepiej. Nie rozmawialiśmy ze sobą wiele. Józef zawsze mówił niewiele, ale zwięźle, jednak czułem jego miłość i radość, którą miał z mojej pracy. Odprowadziłem go do Światła w modlitwie.

Po odejściu Józefa byłem bardziej samotny. Czekałem jednak na wydarzenie, które by wszystko zmieniło. Wewnętrznie wiedziałem, wyczuwałem, że poznam taką sytuację i pójdę za nią. To jednak spowoduje mojej ziemskiej matce ból tak mocny, że może nas rozdzielić już na zawsze. Wziąłem pod uwagę wszystkie okoliczności i nie mogłem jednak niczego zmienić. Tak jak dziś podążam swoją drogą, nawet jeżeli cały świat powstanie przeciwko mnie!

I tak się zdarzyło, skorzystałem z nowej możliwości. Wymawiano nowe imię, a dla mnie ono było tym na co czekałem, okazją!

Prorok, Jan Chrzciciel, który głosił słowo Prawdy na pustyni, chrzcił ludzi i wspierał ich.

Słuchałem opowiadań o Janie i postanowiłem pójść na spotkanie z Janem Chrzcicielem. Potrzebowałem rady!

Rozmowę w swoim wnętrzu przeprowadziłem z ziemską matką. Długo się z nią zmagałem, aż przeforsowałem swoje przekonanie, nieugięte chcenie i pokonałem jej największą siłę, którą Maria dysponowała, walczyła na wszelkie sposoby, ale uległa mocniejszemu. Decyzja została podjęta i rozmawialiśmy we wzajemnym zrozumieniem.

Skomentuj »