Archiwum dla październik, 2008

ŚWIAT

ŚWIAT

14.

Świat! Kiedy ziemski człowiek używa tego słowa, to często wymawia je bezmyślnie, nie tworząc sobie obrazu, jaki właściwie jest ów świat, o którym mówi.

Wielu starających się wyobrazić sobie przy tym coś konkretnego, widzi w duchu niezliczone ciała niebieskie o najrozmaitszych właściwościach i rozmiarach, uporządkowane w układy słoneczne i wędrujące przez wszechświat po swoich trajektoriach. Wiedzą, że w miarę doskonalenia przyrządów obserwacyjnych można zobaczyć coraz to nowe obiekty. Przeciętnego ziemskiego człowieka zadowala potem słowo »nieskończoność«, które wywołuje w nim mylące i niewłaściwe wyobrażenie.

Świat nie jest nieskończony. Jest materialnym stworzeniem, a więc dziełem Stworzyciela. Dzieło to stoi, jak zresztą każde dzieło, obok swego Twórcy i jako takie jest ograniczone.

Ci, którzy nazywają siebie postępowymi, są często dumni z tego, że mają poznanie, które mówi, że Bóg tkwi w całym Stworzeniu, w każdym kwiecie i każdym kamieniu, że napędzające naturę siły są Bogiem, a więc, że Bogiem jest wszystko, czego wprawdzie nie można zbadać, co można jednak wyczuć, lecz nigdy tak naprawdę pojąć. Nieustannie działająca Prasiła, wieczne samo siebie odnawiające źródło siły, bezistotne nieposiadające formy Praświatło. Uważają się za bardzo postępowych myśląc, że wszędzie odnajdują Boga. Spotykają się przy tym tylko z siłą napędową, która nieustannie zmierza ku doskonałości jako jedynemu celowi rozwoju, siłą która wszystko przenika!

To jednak jest poprawne tylko w pewnym sensie. W całym stworzeniu spotykamy się tylko z Jego Wolą, czyli z Jego Duchem, z Jego Siłą. On sam stoi wysoko ponad Stworzeniem.

Stworzenie materialne już od swego początku zostało dowiązane do niezmiennych praw powstawania i rozkładu, ponieważ to, co nazywam prawami natury, jest twórczą Wolą Bożą, która swym działaniem światy nieustannie formuje i rozkłada. Ta twórcza Wola jest jednolita w całym stworzeniu, na które składa się świat subtelnomaterialny i gęstomaterialny, tworząc jedną całość.

Bezwarunkowa i niezmienna jednolitość odwiecznych praw, a więc odwiecznej Woli, powoduje, że w najmniejszym procesie na gęstomaterialnej ziemi zawsze przebiega to dokładnie tak, jak podczas każdego działania, a więc tak, jak musi się to dziać także podczas najpotężniejszych wydarzeń w całym stworzeniu, jak i podczas samego tworzenia.

Pierwotna forma Prawoli jest prosta i nieskomplikowana. Gdy już raz ją poznacie, łatwo odnajdziecie ją we wszystkim. Złożoność i niepojętość tak wielu procesów polega tylko na tym, że liczne boczne i okrężne drogi, tworzone przez różnorakie chcenia ziemskich ludzi, wielokrotnie nakładają się na siebie.

Dzieło Boże – świat – jest więc, jako stworzenie, podporządkowane zawsze jednakowym i doskonałym Bożym prawom, z nich także powstało i dlatego jest ograniczone.

Artysta, na przykład, także jest w swoim dziele, ono jest nim nasączone, a przecież on sam, jako osoba, stoi obok niego. Dzieło jest ograniczone i przemijające, co jednak nie oznacza, że zdolności artysty również. Artysta, a więc twórca dzieła, może zniszczyć swoje dzieło, w którym zawarte jest jego chcenie, ale to jeszcze nie oznacza, że zniszczy samego siebie. On bez względu na to nadal pozostaje artystą.

Artystę poznajecie i odnajdujecie w jego dziele, staje się on dla was bliski i nie ma potrzeby, byście ujrzeli go osobiście. Macie jego dzieła, jego chcenie tkwi w nich i działa na was, ono wychodzi ku wam, chociaż on sam żyje od was daleko. Samodzielnie tworzący artysta i jego dzieło dają wam słaby poblask stosunku stworzenia do Stworzyciela.

Wieczny i bez końca, a więc nieskończony, jest tylko kołobieg stworzenia w nieustannym powstawaniu, zanikaniu i ponownym formowaniu.

W tym procesie spełniają się także wszystkie objawienia i obietnice. W końcu już wypełniła się w nim również obietnica »Sądu Ostatecznego« dla tej ziemi!

Sąd Ostateczny, czyli końcowy, nadejdzie kiedyś dla każdego materialnego ciała niebieskiego, lecz nie stanie się tak w całym stworzeniu równocześnie.

To nieunikniony proces, przebiegający w danej, konkretnej części stworzenia, która w swoim kołobiegu osiągnęła punkt, w którym musi rozpocząć się jej rozkład, aby na dalszej drodze znów mogła się formować.

Tego wiecznego kołobiegu nie utożsamiajcie z obiegiem ziemi oraz innych planet wokół ich słońc. Chodzi tu o wielki, olbrzymi krąg, po którym muszą podążać wszystkie układy słoneczne, poruszające się przy tym dodatkowo w swych własnych, wewnętrznych systemach.

Punkt, w którym ma się rozpocząć rozkład każdego ciała będącego częścią świata, jest dokładnie ustalony i to także w oparciu o konsekwentne prawa natury. To całkiem konkretne miejsce, w którym musi rozpocząć się rozwijanie procesu rozkładu bez względu na to, w jakim stanie znajduje się dane ciało niebieskie i jego mieszkańcy.

Kołobieg niepowstrzymanie gna ku temu każde ciało niebieskie i bez opóźnienia wypełni się godzina rozkładu, który tak naprawdę we wszystkim, co dotyczy stworzenia, jest tylko przemianą, tylko okazją do dalszego rozwoju.

Już dla każdego ziemskiego człowieka nastąpiła godzina podjęcia decyzji: »albo – albo«. Albo zostaliście wyniesieni ku Światłu, tak stało się, gdy dążyliście do duchowości, albo utknęliście w materii, do której jesteście przywiązani, jeżeli z przekonaniem uznaliście za wartościowe tylko sprawy materialne.

Taki ziemski człowiek, zgodnie z prawem, nie może w konsekwencji własnego chcenia podnieść się z materii i później, na ostatnim etapie drogi, zostaje wraz z nią wciągnięty w rozkład. Wtedy następuje duchowa śmierć! Jest to równoznaczne z wykreśleniem z księgi życia.

Ten w zasadzie całkiem naturalny proces można także nazwać wiecznym potępieniem, ponieważ człowiek w taki sposób wciągnięty w rozkład musi »przestać być osobowością«. To najgorsze, co człowieka może spotkać. Staje się »odrzuconym kamieniem«, który jest niepotrzebny w budowaniu duchowości i dlatego musi zostać przemielony.

To oddzielenie ducha od materii, urzeczywistnione znów w oparciu o naturalne procesy i prawa, jest tak zwanym »Sądem Ostatecznym«, z którym łączą się wielkie przewroty i zmiany obecnie zachodzące na ziemi.

To, że rozkład ten nie dokona się w jednym ziemskim dniu, zapewne jest dla każdego łatwe do zrozumienia, w dziejach świata bowiem tysiąc lat jest jak jeden dzień.

Właśnie zakończył się »Sąd Ostateczny«. Ziemia dotarła do punktu, w którym zmieniła kierunek swej dotychczasowej drogi, co musi być i jest bardzo mocno odczuwalne także gęstomaterialnie. Nastał podział już wszystkich ziemskich ludzi, który przygotowano już ostatnimi czasy, ale który wcześniej przejawiał się tylko w waszych »poglądach i przekonaniach«.

Dlatego cenna jest każda godzina i minuta waszego ziemskiego bytu, cenniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Kto naprawdę szuka i chce się uczyć, niech zdecydowanie odrzuci niskie myśli, które muszą wiązać go z tym, co ziemskie. W przeciwnym wypadku grozi mu utknięcie w materii i popadniecie wraz z nią w całkowity rozkład.

Lecz pragnący Światła stopniowo wyzwalają się z materii i w końcu zostaną wyniesieni ku ojczyźnie wszystkiego, co duchowe.

Obecnie zakończył się ostatecznie proces oddzielenia Światła od ciemności – Sąd się wypełnia!

»Świat«, a więc całe stworzenie, wówczas nie zginie, lecz poszczególne ciała niebieskie będą wciągane w proces rozpadu dopiero wtedy, gdy ich bieg osiągnie punkt, w którym po uprzednio zakończonym podziale ma się rozpad rozpocząć.

Dokona się to poprzez naturalne działanie Bożych praw, które w stworzeniu tkwią od prapoczątku, które same spowodowały powstanie stworzenia i które dziś, tak samo jak w przyszłości, konsekwentnie niosą Wolę Stworzyciela. W wiecznym kołobiegu trwa nieustanne tworzenie, sianie, dojrzewanie, żniwa i rozpad, aby poprzez zmianę połączeń znów powstały formy nowe, odświeżone i wzmocnione, idące naprzeciw następnemu z okrążeń.

Rozważając kołobieg stworzenia można sobie wyobrazić olbrzymi lej lub olbrzymią jaskinię, z której niepowstrzymanym nurtem nieustannie tryskają pranasiona podążające kolistym ruchem ku nowemu łączeniu i rozwojowi. Dokładnie tak, jak to już nauka poznała i prawidłowo opisała.

Poprzez tarcie i zagęszczanie powstają gęste mgławice, a z nich ciała niebieskie, które poprzez działanie nieugiętych praw w pełnej konsekwencji grupują się w układy słoneczne. Te, krążąc same w sobie, muszą się włączać w wielki, wieczny kołobieg.

W procesach widzialnych ziemskim okiem, przebiegających w roślinach, ciałach zwierzęcych i ludzkich, nastaje, począwszy od nasiona, rozwój, formowanie, dojrzałość i zbiór plonów lub zanik, który przynosi zmianę i rozpad umożliwiający dalszy rozwój. Tak samo dzieje się podczas wielkich przemian świata. Gęstomaterialnie widzialne ciała niebieskie, które otacza o wiele, wiele większa subtelnomaterialna, a więc niewidoczna dla ziemskiego oka warstwa, w swym wiecznym obiegu poddane są takiemu samemu procesowi, ponieważ panują w nich te same prawa.

Istnieniu pranasienia nie może zaprzeczyć nawet najbardziej fanatyczny niedowiarek, a jednak nasienia tego nie może ujrzeć żadne ziemskie oko, ponieważ nasienie jest z innej substancji, pochodzi z »zaświatów«. Znowu spokojnie mogę je nazywać subtelnomaterialnym.

Nietrudno zrozumieć, że świat, który jako pierwszy powstał z nasienia, jest naturalnie tak samo subtelnomaterialny i ziemskim wzrokiem niepoznawalny. Dopiero później z niego powstający najgęstszy kondensat, wyłaniający się ze świata subtelnomaterialnego i od niego zależny, powoli tworzy świat gęstomaterialny wraz z jego gęstomaterialnymi ciałami. Dopiero to jako pierwsze można od samego początku obserwować ziemskim wzrokiem i z pomocą gęstomaterialnych przyrządów.

Nie inaczej jest z otoczką właściwego człowieka w jego duchowym gatunku, o którym jeszcze będę mówił. Podczas wędrówki przez różnorodne światy musi jego płaszcz, powłoka, ciało lub narzędzie, wszystko jedno, jak otoczkę nazwę, być zawsze tego samego gatunku substancji, co otoczenie, w które wchodzi, aby korzystał z niego jak z ochrony i potrzebnego narzędzia, jeżeli chce w tym otoczeniu działać bezpośrednio i skutecznie.

Ponieważ świat gęstomaterialny zależny jest od świata subtelnomaterialnego, to z tego wynika także zwrotne oddziaływanie wszystkich procesów świata gęstomaterialnego na świat subtelnomaterialny.

To olbrzymie subtelnomaterialne otoczenie, również stwarzane z pranasienia, wykonuje wielki kołobieg razem z gęstomaterialnością i w końcu także razem z nią zostanie wpędzone i wchłonięte w drugi koniec wyżej wspomnianego olbrzymiego leja, gdzie przebiega rozpad, aby znów jako pranasienie zostać wypchnięte na zewnątrz i wejść w nowy kołobieg.

Ten lej jest jakby sercem stworzenia materialnego, a cała reszta jakby obiegiem krwi w ciele. Procesowi rozkładu ulegnie więc całe stworzenie, czyli także część subtelnomaterialna, ponieważ wszelka materia, rozpadnie się i ponownie przekształci w pranasienie, aby móc się formować od nowa. Nigdzie nie ma tu samowoli, przeciwnie, wszystko rozwija się w oczywistej konsekwencji odwiecznych praw, które nie pozwalają na obranie innej drogi.

Dlatego w konkretnym miejscu wielkiego kołobiegu przychodzi taki moment dla wszystkiego gęstomaterialnie i subtelnomaterialnie wytworzonego, gdy proces rozpadu wszystkiego, co wytworzone, samoczynnie przygotuje się i w końcu rozpocznie.

Ten subtelnomaterialny świat jest miejscem przejściowego pobytu ziemsko umarłych, to tak zwany tamten świat. Jest ściśle połączony ze światem gęstomaterialnym, który do niego należy i z nim tworzy jedną całość. Podczas umierania człowiek wraz ze swym subtelnomaterialnym ciałem, które nosi razem z ciałem gęstomaterialnym, wchodzi w jednorodne subtelnomaterialne otoczenie świata gęstomaterialnego, podczas gdy ciało gęstomaterialne pozostawia tutaj.

Tak więc ten subtelnomaterialny świat, zaświaty, należąc do stworzenia podlega takim samym prawom nieustannego rozwoju i rozpadu. Wraz z rozpoczynającym się rozpadem nastaje potem, również całkowicie zgodnie z prawem, oddzielenie duchowości od materii. W zależności od stanu swego ducha w świecie gęstomaterialnym, jak również w świecie subtelnomaterialnym, duchowy człowiek, właściwe »ja«, musi powędrować albo w górę, albo pozostać związanym z materią.

Poważne dążenie do Prawdy i Światła oraz związane z tym zmiany uczynią każdego duchowo czystszym, a przez to także jaśniejszym, co naturalnie zawsze musi stopniowo, coraz bardziej uwalniać go od gęstej materii i wynosić w górę odpowiednio do jego czystości i lekkości.

Ten jednak, kto zawierzył tylko materii, poprzez swoje przekonanie sam się z nią wiąże, pozostaje do niej przykuty, przez co nie może unosić się w górę. Dobrowolna decyzja każdej jednostki powoduje podział na tych, którzy dążą do Światła i na tych, których pętają ciemności. Dzieje się tak zgodnie z obowiązującym naturalnym prawem ciążenia ducha.

Z tego wynika, że w procesie oczyszczania tzw. zaświatów nadejdzie kiedyś rzeczywisty koniec także dla możliwości rozwoju ziemsko umarłych. Ostatnia decyzja! Ludzie w obydwu światach są albo tak dalece szlachetni, że mogą zostać wyniesieni ku sferom Światła, albo przez swój niski sposób życia z własnej woli pozostaną spętani i w końcu runą w »wieczne potępienie«. Oznacza to, że wraz z materią, od której nie mogą się oderwać, będą porwani w rozkład, boleśnie go w sobie przecierpią i przestaną być oddzielnymi osobowościami.

Zostaną rozwiani, jak plewy na wietrze, rozproszą się i w ten sposób zostaną wykreśleni ze złotej księgi życia!

Ten tak zwany Sąd Ostateczny, to znaczy Sąd Ostatni, jest więc również procesem przebiegającym całkiem naturalnie w wyniku działania praw, które niosą stworzenie tak, że nic innego nie mogłoby nastąpić. Także tu człowiek zawsze otrzymuje owoce tylko tego, co sam chciał, tego, do czego doprowadziło jego przekonanie.

Uświadomienie sobie, że wszystkie procesy w stworzeniu przebiegają samoczynnie z najbardziej surową konsekwencją, że drogi losu ludzie tworzą sobie sami poprzez swoje życzenia oraz swym chceniem, że Stwórca sam niczego nie kontroluje, a także nie ingeruje, aby nagradzać lub karać, nie ujmuje Jego wielkości, lecz może tylko pobudzić, byście widzieli Go jeszcze bardziej wzniosłym.

Wielkość polega na doskonałości Jego dzieła, a doskonałość zmusza do patrzenia w górę z pełnym szacunkiem. Przecież niezmierna Miłość i absolutnie nieugięta Sprawiedliwość tkwi bez różnicy tak samo w największym, jak i w najmniejszym procesie.

Wielki jest także człowiek jako ten, którego postawiono w stworzeniu i jako ten, który jest panem swojego własnego losu! Może on swym chceniem wydźwignąć się z tego dzieła i w ten sposób przyczyniać się do jego wyższego rozwinięcia, albo może się w nim zaplątać, porwać je w dół, czyli już się nie wyzwolić i iść z materią naprzeciwko rozkładowi bez względu na to czy znajduje się w świecie gęstomaterialnym, czy subtelnomaterialnym.

Dlatego rozbijcie kajdany niskich instynktów i wyzwólcie się od nich. Już najwyższy czas! Nastała godzina, w której minął dany wam termin! Obudźcie w sobie pragnienie czystości, prawdy i szlachetności, jak jeszcze zdążycie!

Daleko nad wiecznym kołobiegiem stworzenia unosi się w środku, niczym korona, »błękitna wyspa«, niwy błogosławionych, oczyszczonych duchów, którym wolno już przebywać w sferach Światła. Wyspa ta jest oddzielona od świata. Dlatego też nie jest częścią kołobiegu, ale pomimo wysokości na jakiej krąży nad stworzeniem, stanowi oparcie i centralny punkt wychodzących sił ducha. To wyspa, na której wyżynach leży osławione miasto złotych ulic. Tam już nic nie ulega przemianie. Tam nie trzeba się obawiać »Sądu Ostatecznego«, a ci, którzy mogą tam przebywać, są »w domu«.

A na końcu stoi, jako najwyższy na błękitnej wyspie, niedostępny dla stóp niepowołanych, tak często opisywany w legendach… zamek Graala!

Osnuty legendami, utęskniony cel niezliczonych, stoi tam w świetle najwyższej świetności i skrywa Święte naczynie Czystej Miłości Wszechmogącego, Graal!

Straż ustanowiono z najczystszych duchów. To one są tymi, którzy niosą Bożą Miłość w jej najczystszej formie, Miłość, która jednak zasadniczo różni się od wyobrażeń, jakie mają o niej ziemscy ludzie, chociaż przeżywają ją codziennie, o każdej godzinie.

Poprzez objawienia zstępowała wieść o zamku po wielu stopniach, długą drogą, od błękitnej wyspy przez świat subtelnomaterialny, aż w końcu dzięki głębokiej inspiracji kilku poetów dotarła także między ludzi gęstomaterialnej ziemi. Podczas podawania w dół, od stopnia do stopnia, rzeczywistość została niechcący na różny sposób wypaczona, przez co ostateczne podanie mogło być tylko wielokrotnie zmąconym odblaskiem, który spowodował liczne pomyłki.

Jeżeli w wielkiej rozpaczy podążają w górę do Stworzyciela z którejś części wielkiego stworzenia bolesne i błagalne prośby, to zostaje wysłany sługa tego naczynia, aby jako ten, który niesie Bożą Miłość pomógł w potrzebie ducha. Co w dziele stworzenia unosiło się tylko w postaci legend i opowieści, wstępuje wtedy w stworzenie żywe!

Ale takie wysłania nie zdarzają się często. Zawsze towarzyszą im wielkie zmiany i gwałtowne przewroty. Owi wysłańcy przynoszą błądzącym Światło i Prawdę, zrozpaczonym spokój, w swym przesłaniu wyciągają dłoń do wszystkich poszukujących, aby dodać im nowej odwagi i nowej siły, i przeprowadzić ich przez wszelkie ciemności ku Światłu.

Przychodzą wyłącznie dla tych, którzy z upragnieniem wypatrują pomocy Światła, lecz nie dla prześmiewców ani dla faryzeuszy.

I tak Jestem na ziemi ponownie, wśród was ziemianie!

Skomentuj »

W JEROZOLIMIE siedział Jan u Marii.

W JEROZOLIMIE siedział Jan u Marii. »Spełniliśmy twe życzenie, matko. Zanieśliśmy Jego martwe ciało tam, gdzie sobie życzyłaś! Teraz jest bezpieczne, chronione przed ludzką ciekawością i złą wolą. Lud nigdy się nie dowie, gdzie Jego ciało pochowano.«

Gdy to mówił pojawiłem się przed nimi Ja Syn Boży. Obiema rękami im pobłogosławiłem i uśmiechnąłem się.

Jan ujął Marię za rękę: »Widziałaś Go, mamo?«

»On żyje, jest z nami,« odrzekła cicho Maria.

Potem pochyliła głowę i po cichu rzekła: »Janie, dopiero teraz, gdy większość życia już poza mną, osiągnęłam poznanie, że upłynęło ono jak krótka chwila, której pozwoliłam przepłynąć nie korzystając z niej. Aż do tej chwili nie pojmowałam sensu swego życia!« Podniosła ręce.

»Panie! Nie jestem godna być nadal Twoją służebnicą.« Ogarnęła ją rozpacz.

Jan milczał. Nie znalazł żadnego słowa pociechy.

Wreszcie Maria opanowała się. Wstała i spakowała swoje rzeczy.

»Dokąd zmierzasz?«

»Chcę wrócić do domu i spróbować odnaleźć spokój w wychowywaniu swych synów i w pracy dla ich dobra.«

»I myślisz, że by to było właściwe? Myślisz, że tym naprawisz, w czym się pogubiłaś? Zamiast radośnie zebrać swe siły i służyć Jezusowi, chcesz powrócić do domu i do powszedniego życia? Potrzebują cię twoi ziemscy synowie tak bardzo? Czyż nie masz obowiązku być radosnym człowiekiem i służyć swemu Bogu?«

Maria bez słowa spojrzała na Jana. W jej wnętrzu przebiegał bój. Potem nagle jasnym i zwycięskim płomieniem rozgorzało wszystko, co przez całe lata nie odzywało się w niej. Marii twarz się zmieniła: »Tak. Chcę Jemu służyć!«

Jan podał jej obie ręce…

Oboje opuścili miasto. Maria jeszcze raz wróciła do domu i uporządkowała wszystkie swoje ziemskie sprawy. Po ślubie swojego najstarszego ziemskiego syna przekazała gospodarstwo jego żonie i pożegnała się.

Potem odeszła nad Genezarejskie jezioro, do Jana domu.

Zbliżało się Zielone Święto. Maria nie wytrzymała w domu i pośpieszyła do Jerozolimy. Znalazła uczniów w radosnej atmosferze. Wszyscy mogli często widzieć mnie swojego Pana. Tak jak kiedyś przebywałem z nimi i mówiłem z nimi.

To uczniów stale mocniej łączyło ze sobą. Czuli w sobie napływ nowej siły i budziło się w nich coraz gorętsze życzenie, aby mogli owej sile pozwolić działać na zewnątrz.

Pewnego dnia szli do Betanii, a Ja Jezus szedłem przed nimi. Uczniowie byli w mojej obecności szczęśliwi, ale nagle wyczuli, że ta droga jest ich ostatnią.

Stałem nagle wyżej niż oni, bardziej się od nich oddaliłem. Przelękli się i starali się ów strach pokonać.

Ja Jezus Chrystus podniosłem ręce. Jeszcze raz uczniowie czuli moją Miłość i docierały do nich moje napomnienia. Moje Słowo, którym Jestem stało Żywe przed nimi. Ich duchy podźwignęły się na najwyższe wyżyny i euforycznie z nim współbrzmiały. Spłynęło na nich błogosławieństwo moje Syna Bożego… i Ja Jezus powoli zniknąłem. Podążyłem do swojego Ojca.

Maria patrzyła na jasne twarze powracających uczniów, słuchała ich słów i była szczęśliwa wraz z nimi.

Aż do Zielonych Świąt przed każdym milczeli, lecz potem jednak naraz ich języki rozwiązały się. Napełnił ich Duch Boży i mówił z nich. Moje Jezusa Słowo znów ożyło i przenikało ziemię. Był to zwycięski początek. Uczniowie walczyli ze wszystkich sił i starali się wpływać na zamknięte duchy tak, aby się otwierały i przyjmowały Pana Słowo. Uczyli, wędrując po świecie i rozsiewali ziarno, aby wzeszło i przyniosło owoce… tak jak i dziś moi apostołowie Prawdy czynią.

Maria odrzuciła wszystko stare i dotrzymywała kroku moim Chrystusowym uczniom. Wszystko, co przedtem było dla niej trudne, teraz było lekkie. Ale pozwolono jej w tym wszystkim brać udział tylko przez krótki czas. Ciężko zachorowała i choroba odebrała jej wszelką odwagę. Maria leżała na łóżku cała rozpaczająca.

»Panie, Ty już nie przyjmujesz mych rąk, które pragną dla Ciebie pracować. Odrzucasz mnie, ponieważ kiedyś zaniedbałam swoje obowiązki,« narzekała po cichu.

Usłyszał ją Jan. »Matko,« rzekł z powagą, »szemrasz przeciwko Bogu. Dziękuj Jemu, że mogłaś osiągnąć oświecenie, jeszcze przed swym odejściem z tej ziemi!«

Maria milczała. Słysząc słowa Jana zarumieniła się.

»Chcę służyć, Ojcze na niebiosach, pozwól mi służyć jeszcze raz.«

Te słowa modlitwy zabrzmiały w Marii ustach gorąco i stały się prośbą. Uśmiechnęła się jak dziecko. Nie słychać dolatującej z dala muzyki? Nie rozbrzmiewają wokół euforyczne akordy?

»Jezusie…« wyszeptała bezgłośnie. Potem wydawało jej się, jak by jakaś dłoń lekko pogłaskała ją po twarzy. Wszystko twarde i gorzkie, co jeszcze było wyryte w jej rysach, zmiękło i rozpłynęło się jak tchnienie przed niebiańskim pokojem, który zajaśniał na twarzy zasypiającej…

I Marii duchowa prośba z przeszłości została spełniona, pozwolono wyzwolić się jej z materii jeszcze raz… służąc Światłu!

Maria Nazarejski jej duch Vanessa w ziemskim ciele Anny P. ponownie jest na ziemi, poznałem ją, a ona mnie Syna Bożego, jednak jej ziemskie życie tylko na chwilę ją duchowo obudziło. Dziś jej duch jest w drzemce sparaliżowanej nadmiernym myśleniem, być może wydarzenia zachodzące zmuszą ją do obudzenia, ale czy zdąży ponownie powstać z martwych duchowo, przecież nie ważne kto kim był, lub kim będzie, ale kim jest!

Skomentuj »

WIELKANOCNY poranek zalał całą ziemię promiennym światłem.

WIELKANOCNY poranek zalał całą ziemię promiennym światłem. Do grobu ziemskiego ciała mojego Syna Bożego zmierzało kilka kobiet. W milczeniu szły polami, a na ich twarzach było widać głęboką powagę. Wkrótce dotarły do grobu, ale przerażone spojrzały na ziejący otwór przed sobą. Opodal leżał odrzucony głaz.

Poruszone kobiety weszły do otwartego grobu. Był pusty! Na ziemi leżał kawałek płótna, jedyne, co po mnie Jezusie pozostało…

Skomentuj »

ZRÓB PIERWSZY KROK

ZRÓB PIERWSZY KROK

13.

Niechaj moje Słowo w was ludzkie duchy ożyje, ponieważ jedynie to może wam przynieść taki pożytek, jakiego obecnie potrzebujecie, aby wasz duch mógł się unieść w górę ku światłym wyżynom wiecznych ogrodów Bożych.

Nie wystarczy o moim Słowie wiedzieć! Nawet gdybyście umieli całe moje Przesłanie cytować z pamięci zdanie po zdaniu, aby pouczać siebie i swoich bliźnich… to nie będzie z tego użytku, jeżeli według niego nie postępujecie, jeżeli zgodnie z sensem mego Słowa nie myślicie i według niego nie urządzacie całego swojego ziemskiego życia. Słowo musi być dla was czymś oczywistym, czymś, co weszło wam w krew i czego się nie da od was oddzielić. Jedynie w tym przypadku będziecie mogli czerpać z mojego Przesłania wieczne wartości, które dla was niesie.

Poznacie ich po czynach! Te słowa odnoszą się przede wszystkim do wszystkich czytelników mojego Przesłania! Po ich czynach, to znaczy w ich działaniu, a więc w codziennym myśleniu i postępowaniu w ziemskim istnieniu! Czynem jest także wasza mowa, nie tylko wasze postępowanie; przecież mowa także jest czynem, którego skutki dotychczas lekceważyliście. Czynem są nawet myśli.

Wy ziemscy ludzie na ogół mówicie, że myśli »ocleniu nie podlegają«. Chcecie w ten sposób zaznaczyć, że za myśli nie możecie być ziemsko pociągani do odpowiedzialności, ponieważ myśli działają na poziomie nieosiągalnym dla waszych ludzkich rąk.

Często więc w najbardziej nierozważny sposób bawicie się z myślami lub, dokładniej mówiąc, igracie z myślami. Niestety, jest to bardzo często niebezpieczna zabawa, choć lekkomyślnie mniemacie, że możecie wyjść z niej nietknięci.

W tym wypadku jednak się mylicie, myśli bowiem należą także do gęstomaterialności i muszą być bezwarunkowo w niej odpokutowane zanim duch będzie mógł swobodnie się wznieść, gdy oddzieli się od ziemskiego ciała.

Dlatego starajcie się już waszymi myślami nieustannie współbrzmieć z moim Przesłaniem w taki sposób, abyście chcieli tylko tego, co szlachetne i nie pogrążali się sądząc, że nikt tego nie widzi lub nie słyszy.

Myśli, słowa i czyny widzialne należą bez wyjątku do królestwa gęstomaterialności tego stworzenia!

Myśli działają w gęstomaterialności subtelnej, słowa w średniej, a zewnętrzne postępowanie formuje się w materii najcięższej, a więc najgęstszej. Wszystkie trzy wymienione przejawy waszej aktywności są gęstomaterialne!

Formy tych trzech gatunków są jednak ze sobą ściśle połączone, a ich skutki wpływają na siebie wzajemnie. Co to dla was znaczy i jak radykalnie często określa zmiany waszego bytu, nie jesteście w stanie na pierwszy rzut oka ocenić.

Oznacza to, że również myśl może jeszcze samodzielnie działać zgodnie ze swoim rodzajem i wzmacniać wszystko jednorodne w średniej materii pomagając tak wytwarzać silniejsze formy. Ten proces poprzez dalsze działanie stopniowo się wzmaga, aż powstanie forma widzialna i skuteczna, która przejawi się w materii najgęstszej, przy czym wy sami pozornie nie bierzecie bezpośrednio w tym udziału.

Uświadomienie sobie istnienia tego mechanizmu jest druzgocące, jeżeli wezmę pod uwagę lekkomyślność i beztroskę ziemskich ludzi.

Nawet o tym nie wiedząc jesteście współuczestnikami wielu czynów, które popełnił ktoś z waszych bliźnich tylko dlatego, że otrzymał wyżej wyjaśnionym sposobem porcję siły, która potrafiła go doprowadzić do materialnego zrealizowania czegoś, co dotychczas spokojnie w nim drzemało i z czym na razie igrał tylko w myślach.

Wielu ziemskich ludzi bardzo często z oburzeniem ocenia jakiś czyn swojego bliźniego, z gniewem ów czyn osądzacie i odrzucacie, a przy tym w obliczu wiecznych Bożych praw jesteście za ten czyn współodpowiedzialni! Może przy tym chodzić o ziemskiego człowieka całkiem wam obcego i o czyn, którego wy sami w najgęstszej materii nigdy byście nie popełnili.

Przemyślcie te procesy mocniej jeszcze raz. Dopiero potem wreszcie zrozumiecie, dlaczego wołam do was w swoim Przesłaniu: »Utrzymujcie ognisko swoich myśli czyste. Tak czynicie pokój i jesteście szczęśliwi!«

A jeżeli w procesie oczyszczania samych siebie staniecie się dostatecznie mocni, to zmaleje liczba przestępstw popełnianych na ziemi, przestępstw, za które wielu z was współodpowiada, nawet o tym nie wiedząc.

Nie gra przy tym roli czas i miejsce takich czynów, których możecie się stać współwinnymi. Nawet gdyby zostały popełnione na drugim końcu świata w stosunku do miejsca, gdzie teraz przebywacie, w krajach, gdzie wasza noga dotychczas nigdy nie stanęła i o których nawet nie słyszeliście. Wasze zabawy w myślach potrafią wzmocnić jednorodność wszędzie tam, gdzie ją odkryją, bez względu na odległość, narodowość i kraj.

W ten sposób z czasem myśli nienawiści i zawiści mogłyby zaatakować poszczególnych ziemskich ludzi, grupy lub całe narody, w których natrafią na jednorodność i mogą zmuszać do czynów, których końcowe formy są całkowicie odmienne od tych, które początkowo powstały z waszego igrania z myślami.

Potem skutek przejawi się zależnie od tego, jakie uczucie kierowało ziemskim człowiekiem wtedy, gdy czyn popełniał. Tak możecie pomagać w popełnianiu czynów, o których okropności nawet byście w rzeczywistości nie pomyśleli, a jednak jesteście z nimi połączeni i część działania zwrotnego musi waszego ducha obciążyć, musi zawisnąć na nim jak balast, gdy duch odłączy się od ciała.

Również odwrotnie, o wiele bardziej możecie przyczynić się do powstania pokoju i szczęścia ziemskiej ludzkości. Dzięki czystemu i radosnemu myśleniu możecie współuczestniczyć w czynach, dzięki którym całkiem obcy ziemscy ludzie będą mogli się rozwijać.

Jednocześnie płynie do was stamtąd oczywiście także błogosławieństwo, a wy nie wiecie dlaczego do was przychodzi.

Gdybyście choć raz mogli zobaczyć, jak nieugięta Sprawiedliwość przenajświętszej Woli Bożej nieustannie się wypełnia w samoczynnych prawach tego stworzenia i wpływa na każdą poszczególną myśl, którą się zajmujecie, to wytężalibyście wszystkie siły, aby zachować czystość swojego myślenia!

Dopiero wraz z tym wszystkim staniecie się takimi ludźmi, których Stworzyciel chce z miłością doprowadzić do poznania swojego dzieła, do wiedzy, która użyczy wam wieczności i uczyni z was pomocników w stworzeniu. Tacy są godni przyjmowania wzniosłych łask przeznaczonych dla ludzkiego ducha, aby ten w radosnym i wdzięcznym dawaniu przetworzył je i podał tym tworom, które zdolne są przyjmować je tylko w ten sposób przez człowieka przemienione i które są dziś od tych łask w niecny sposób odcięte z powodu upadku ziemskiego ducha, choć przeżywały już czasy lepszej, czyściej żyjącej ludzkości.

W ten sposób jednak rozżarzyliście w sobie dla życia na ziemi dopiero jedno zdanie z mojego Przesłania!

Jest ono dla was najtrudniejsze, lecz ułatwi wszystko inne, czego spełnienie musi od razu doprowadzić do zaistnienia przed wami cudów nad cudami, a są one już ziemsko widzialne i namacalne, gdyż towarzyszą mojemu życiu na ziemi wśród was.

Kiedy w taki sposób nad sobą zapanujecie, to na waszej drodze czeka was jeszcze jedno zagrożenie powstałe z wypaczonego waszego ziemskiego – ludzkiego myślenia: w opanowaniu myśli poznacie siłę, którą aż nazbyt chętnie będziecie chcieli wtłoczyć w całkiem konkretne formy, aby posłużyła takiemu czy innemu określonemu celowi zgodnemu z waszymi osobistymi życzeniami!

Przed tym właśnie chcę was już dziś ostrzec. To niebezpieczeństwo może was bowiem pochłonąć i zniszczyć już po wejściu na właściwą drogę.

Wystrzegajcie się kurczowego wymuszania czystości myśli. W ten sposób bowiem zmuszalibyście je do podążania konkretnymi torami i wasz wysiłek byłby tylko tanią sztuczką. Tak osiągnięta czystość byłaby tylko czymś sztucznie wymuszonym i nie mogłaby nigdy mieć tak wielkiego efektu, jaki mieć powinna. Wasz wysiłek zamiast pożytku spowodowałby szkodę, ponieważ brakowałoby mu czystości szczerego uczucia. Znów byłoby to tylko działanie waszego rozumowego chcenia, nigdy jednak praca waszego ducha. Ostrzegam was przed tym!

Myślcie o moim Słowie Przesłania, które mówi, że wszelka prawdziwa wielkość może tkwić tylko w prostocie, ponieważ prawdziwa wielkość jest prosta. Może lepiej zrozumiecie tą prostotę, którą mam tu na myśli, jeśli chwilowo zastąpicie ją ludzko-ziemskim pojęciem skromności. To prawdopodobnie bliższe waszemu rozumieniu i trafia w samo sedno.

Chceniem, wywodzącym się z myślenia, nie możecie nadać swoim myślom tej czystości, o którą mi chodzi. Czyste chcenie musi w was powstać z waszego uczucia w sposób prosty i nieograniczony, bez wciskania go w słowo, z którego pojęcie może powstać tylko w sposób ograniczony. Do tego nie wolno dopuścić. Wszechogarniające dążenie do dobra jest tym właściwym, czego wam potrzeba. Dobro powinno otoczyć i przeniknąć każdą waszą powstającą myśl, jeszcze zanim ta może stać się formą.

To nie jest trudne, a nawet o wiele łatwiejsze od innych sposobów. Trzeba tylko pozwolić przejawić się prostocie, w której nie może powstać arogancja wynikająca z własnych zdolności i z własnej siły rozumu. Zaniechajcie myślenia rozumem i pozwólcie swobodnie wypłynąć tkwiącej w was szlachetności i dobroci, a dopiero wtedy uzyskacie te prawdziwe podstawy do myślenia, które wynikają z chcenia waszego ducha. Potem efekty takiego działania spokojnie pozostawcie rozumowi, aby zrealizował je w najgęstszej materii. Wtedy nie może się sformować nic niewłaściwego.

Odrzućcie wszelkie dręczące myśli daleko od siebie i zamiast tego zawierzcie własnemu duchowi. On już odnajdzie sobie właściwą drogę, jeżeli sami mu jej nie zamurujecie. Być swobodnego ducha znaczy tyle samo, co pozwolić duchowi w sobie iść własną drogą! Wtedy ten nie może nie zmierzać ku wyżynom. Przecież tam, w górę, niezawodnie ciągnie go już jego gatunek. Dotychczas to wy go wstrzymywaliście i dlatego nie mógł się dalej rozwinąć. Ograniczaliście jego rozmach, pętaliście jego skrzydła.

Fundamenty, na których powstaje obecnie nowa ludzkość, fundamenty, których nie możecie lekceważyć i których lekceważyć wam nie wolno, zawarte są w tym jednym zdaniu: »Utrzymujcie ognisko swoich myśli czyste!«

I od tego niech ziemski człowiek zacznie! To jest waszym pierwszym zadaniem, które uczyni was tym, czym być musicie. Wzorem dla wszystkich, którzy dążą do Światła i Prawdy i którzy chcą całym swoim bytem z wdzięcznością służyć swemu Stworzycielowi w Królestwie Tysiącletnim na ziemi. Kto to spełni, innych rad nie potrzebuje. On jest, jakim być powinien i otrzyma wszelką możliwą do uzyskania pomoc, która czeka na niego w stworzeniu, aby nieprzerwanie prowadzić go wzwyż.

Skomentuj »

MIESIĄCE mijały.

MIESIĄCE mijały. Maria dostawała wiadomości o mnie tylko od obcych ludzi. Teraz stawała już po mojej stronie publicznie, a faryzeuszom pokazała drzwi. Spokojnie znosiła szyderstwa ludzi w Nazarecie, szła swoją drogą prosto, nie oglądała się w prawo ani w lewo.

Pewnego dnia tęsknota do mnie Jezusa odezwała się w niej z taką siłą, że nie mogła jej podołać. Znowu opuściła synów i poszła mnie szukać.

Kraj tonął w powodzi kwiatów. Teraz na wiosnę wyglądało wszystko tak ślicznie, że Maria szła po swojej drodze jak dziecko. Wdzięcznie radowała się, że może oglądać piękno przyrody. Droga dla niej była lekka jak nigdy.

»Tak pięknie było tylko raz, wtedy, gdy spotkała w lesie Kreolusa. A potem nadeszło wielkie cierpienie,« pomyślała Maria, a jej ducha ogarnęło bolesne przeczucie.

Szybko otrząsnęła się z przytłaczającego ją ciężaru. Chciała użyć piękna, które ją otaczało!

Tak wędrowała Maria całą wiosnę. Pozostawiała za sobą wioski i miasta, zmierzała ciągle dalej do Jerozolimy.

Często słyszała o mnie Jezusie. Ludzie o mnie rozprawiali jako o największym proroku: tak ponoć dałem im wyraźnie do zrozumienia, że jest tym, który miał przyjść!

Maria się bardzo przelękła. To przecież niemożliwe. Jej Jezus rzekł, że nie jest tym, który przynosi sąd. Jak mogą ludzie tak bardzo przekręcać dotyczące go fakty? Im bardziej Maria zbliżała się do mnie Jezusa, tym szybciej opuszczał ją spokój. Spotykała ciągle wzruszonych ludzie. Wydawało się, że wszystkich ogarnęło jakieś upojenie. Z rozjaśnioną twarzą mówili o mnie Jezusie jako o zbawicielu!

»Jezus się przecież nie da tym ludziom wegnać do własnej zguby?« pomyślała Maria pełna obaw.

»Jeżeli podda się próżności, którą w nim pragną usilnie rozniecić, będzie zgubiony!«

Już nie odpierała niepokoju i nigdzie się nie zatrzymywała. Z wszystkich stron do Jerozolimy śpieszyli ludzie na wielkanocne uroczystości, tak że było na drogach ich pełno. Kroczyli po nich i tłumy mężczyzn i wydawało się, że w nich płonie odwaga do walki.

»Wyglądają jak żołnierze,« pomyślała sobie Maria.

A potem dowiedziała się, że mężczyźni z wszystkich stron Izraela zmierzają do Jerozolimy, aby sformować mi Jezusowi wojsko. Powstanie miało Rzymian zaskoczyć. Mężczyźni mieli w zamiarze obalić władzę w Jerozolimie, nieoczekiwanie napaść na nieprzyjaciół, wygnać ich z kraju i wszystkich, których dościgną, zabić!

Marię opanowało przerażenie. Chciała bez przystanku podążać dalej, aby mogła mnie Jezusa ostrzec. Czy ci ludzie oszaleli? A nie roznieciły owej gorączki syna słowa? Ich poczynanie jest szaleństwem!

Maria dotarła do Jerozolimy całkiem wyczerpana. Stwierdziła, że miasto jest przepełnione wierzącymi z wszystkich części kraju. Wielkanocne uroczystości przyciągały ludzi.

Pierwszych ludzi, których spotkała, zapytała o mnie Jezusa. Rzekli jej, że jestem oczekiwany. Maria podświadomie uspokoiła się. Pomyślała, że w ten sposób zyska na czasie. Wymyślała plany, jak by mnie Jezusa odwrócić od moich zamiarów lub przekonać, abym nie przychodził do Jerozolimy. Potem jednak przestała, straciła odwagę i popadła w małostkowość. I nie przenikały do niej wcześniej myśli, że idzie to na marne? Nie ma już dość swych żałosnych pokus ingerować w moje Jezusa życie?

Tak czekała w Jerozolimie na mnie ziemskiego syna, osamotniona między wieloma tysiącami ludzi, albowiem unikała bojaźliwie wszystkich znajomych.

Wreszcie się doczekała. Jednego dnia przebiegali miastem posłowie i oznajmiali, że prorok się zbliża. Ludzi ogarniała fala wzruszenie. Maria zauważyła, jak im na twarzy występuje czerwona gorączka. W fanatycznym zachwycie zachłystywali się swymi słowami i dziko gestykulowali, ale tylko niektórzy mieli w oczach lśniący blask, mało było takich, którym biły z oczu tkliwe uczucia i tęskna radość. To widziała Maria tylko bardzo rzadko. W większości wypadków lękał ją dziki i nieopanowany wyraz twarzy tych ludzi.

Ludzie zaczęli zdobić ulice. Okna i drzwi domów tonęły w powodzi zieleni. Miejska brama była przyozdobiona jak na przyjście księcia.

Maria spoglądała na te poczynania ze skrytym przerażeniem. We wszystkich tych ludziach, którzy nie wiedzieli, jak by mieli mi Jezusowi okazać miłość, widziała tylko moich nieprzyjaciół.

»Swą zbytnią gorliwością doprowadzą go na skraj przepaści,« pomyślała Maria ze strachem.

A potem stała w zastępie tłoczącym się wzdłuż ulic, gdy wjechałem do miasta. Jechałem na osiołku, obok mnie i za mną szli uczniowie.

Wokół rozlegały się entuzjastyczne okrzyki: »Hosanna synu Dawidowemu!«

Ludzie mi sypali na drogę kwiaty, rozpościerali swoje płaszcze na ziemi, abym nie dotykał ulicy, krótko mówiąc, zachowywali się jak pozbawieni zmysłów. Ziemska matka stała wśród cieszącego się i wiwatującego tłumu i drżała obawiając się najgorszego. Była tylko jednym człowiekiem z wielu. Potrzebuje jej Jezus? Czy teraz, tak, jak kiedyś, wtuliłby swą głowę w jej dłonie?

Po twarzy powoli spłynęło jej kilka łez. Odeszła stamtąd i ulicami przepełnionymi ludźmi śpieszyła, aby jak najszybciej dotrzeć do swojego schroniska. Długie godziny leżała na łóżku, bez jakichkolwiek myśli. Tylko czuła na duchu ciężar, który ją aż dusił. Wreszcie znów niepewnie stanęła na nogach. »Muszę do niego,« szeptała do siebie nieustannie. Rękami mechanicznie przejechała po odzieniu, poprawiła chustę i wyszła z domu, w którym nocowała.

Nadszedł wieczór. Ulice powoli zanurzały się w mroku. Maria śpieszyła do świątyni. Miała nadzieję, że tam mnie spotka, ale dziedziniec przed świątynią zastała pusty. Stała tam tylko rozmawiająca szeptem grupka młodych mężczyzn. Maria podeszła i dotknęła ręki jednego z nich. Odwrócił się wystraszony. Maria spojrzała na niego proszącym wzrokiem i po chwili wahania zapytała:

»Widziałeś Jezusa?«

»Jezusa? Któż by go nie widział! Mówi o nim cała Jerozolima!«

»Szukam go. Gdzie by mógł być?«

»Odszedł do Betanii, tam będzie.«

Maria zwiesiła głowę. W jej głosie zabrzmiało rozczarowanie, gdy rzekła:

»Do Betanii. A był tu w świątyni?«

»Był tu i zrobił porządek!« Młody mężczyzna wyprostował się, a w jego oczach pojawił się blask.

»Tak, wygnał wekslarzy i kupców. Oczyścił dom Pana, a faryzeusze i zakonnicy się go bali!«

Maria spojrzała na młodzieńca, jakby wydźwięku jego słów nie rozumiała. Parę razy przytaknęła, potem wyszeptała kilka słów podzięki, odwróciła się i wyszła ze świątyni. Z podniesioną głową i kamienną twarzą długo przemierzała ulice.

Tej nocy Maria nie spała. Otaczały ją nadchodzące zdarzenia. Z przerażeniem oglądała wszelkie zbliżające się cierpienia. Zadrżała i ukryła głowę w dłoniach. Tej nocy Maria wycierpiała część bólu, który ją czekał.

Następnego dnia udała się do świątyni i czekała razem z wieloma ludźmi na mnie ziemskiego syna.

Przyszedłem…

Stała daleko ode mnie, nie można było przedostać się bliżej.

Mówiłem…

A Maria stała z otwartym duchem i wchłaniała moje słowa. Nie, nie było w nich nawet słowa o buncie przeciw Rzymowi. Mówiłem o pokoju i o miłości do bliźniego! Maria z ulgą odetchnęła. Kiedy skończyłem, faryzeusze tłoczyli się w moim kierunku i pytali z takim samym podstępnym tonem w głosie, jak robili to nazarejczycy. Maria bezskutecznie próbowała przeniknąć w pobliże mnie. Jej głos nie potrafił utorować jej drogi. Coraz więcej ludzi parło w odwrotnym kierunku, ponieważ wszyscy opuszczali świątynię i zmierzali ku wyjściu. Gdy wreszcie dotarła do przodu, było już miejsce, gdzie stałem, puste. Odszedłem ze świątyni.

Przygnębiona i smutna już nie szukała mnie dalej. Pomimo tego trochę ją pocieszyło, że nie zmieniłem się, pozostałem takim, jakim byłem kiedyś. W moich oczach ciągle można było jeszcze ujrzeć dziecięcą czystość, lecz było w nich także coś żądającego. A moje usta, gdy się dobrotliwie uśmiechałem, niosły wyraźny ślad bólu. Maria zamyślona opuściła świątynię.

Nagle przystanęła. Cały spokój z jej twarzy zniknął, każdy nerw był napięty.

»Muszę do niego! Jak mogłam tak długo zwlekać!«

Szybkim krokiem ruszyła do bramy miejskiej. Kiedy miała miasto za plecami, było już prawie ciemno. Raźnym krokiem zmierzała do Betanii. »Obym tylko nie straciła drogi. Za chwilę będzie noc, a przez ciemne chmury światło księżyca nie przeniknie.« Maria szła coraz szybciej, dopóki jeszcze widziała drogę. Nagle usłyszała, jak zbliżają się do niej kroki, szybkie, ciężkie i nieregularne. Zeszła z drogi w zarośla. Bała się spotkać w nocy obcego mężczyznę, przecież po drogach włóczyło się wielu bandytów, napadających samotnych podróżnych.

Chmury, które do tej pory zasłaniały księżyc, się nagle rozstąpiły. Okolicę zalało blade światło. Mężczyzna się zbliżał. Maria cofnęła się głębiej między zarośla, aby jej nadchodzący nie ujrzał. Prawie że nie oddychała…

Teraz! Tuż obok siebie usłyszała kroki, a potem mężczyznę ujrzała. Chciała wyskoczyć na drogę, zawołać, ale była jak sparaliżowana. Kilka sekund stała w milczeniu i nawet się nie poruszyła. Ten mężczyzna, którego rysy były do niepoznania wykrzywione, z nieludzkim wyrazem twarzy i wytrzeszczonymi oczami był moim uczniem, Judasz Iskariotski!

Kiedy przeszedł obok niej, wyszła Maria powoli z ukrycia. Kolana się jej trzęsły. Przycisnęła ręce do piersi, jej oddech był krótki, a w skroniach mocno tętniła krew. Chciała pobiec za Judaszem, zatrzymać go, ale nie mogła zrobić ani kroku. »Zatrzymaj go!« krzyczało to w jej wnętrzu. Maria jednak osunęła się na wpół zemdlona na pobocze drogi. Po chwili wstała i pośpieszyła dalej, w ciemną noc. Całkowicie zgubiła drogę. Było tak ciemno, że nie mogła niczego rozpoznać. Tak błądziła po drogach… jak długo, sama nie wiedziała.

Gdy minęły godziny poszukiwań wreszcie księżyc wyjrzał zza chmur, stwierdziła, że znowu znajduje się w pobliżu Jerozolimy. Księżyc oświetlał całą okolicę, było widno prawie jak w dzień. Maria zastanawiała się, czy ponownie udać się w stronę Betanii. Wtem usłyszała z daleka równomierny krok żołnierzy, którzy się do niej zbliżali. Odwróciła się i podążyła drogą w stronę Jerozolimy.

»Jutro go jeszcze zobaczę,« pocieszała się Maria. Kroki tymczasem zbliżały się coraz bardziej. Zeszła na skraj drogi i czekała. Jej wzrok przebiegł po żołnierzach. W świetle księżyca ich hełmy srebrzyście lśniły, twarze pod nimi wszak były niewidoczne. Tylko jeden, który szedł w ich środku, nie miał hełmu.

»To jest ten, którego złapali!« pomyślała Maria i przebudziło się w niej współczucie. »Cóż ten młody człowiek takiego uczynił?« Nagle krzyknęła. Ręką sobie przetarła oczy. Nie jest to sen? Mężczyzną, z nim przejawiła współczucie, byłem Ja Jezus!

Oddział przeszedł koło Marii. W niewielkiej odległości za żołnierzami kroczyła zastęp mężczyzn. Wyszła im naprzeciw. Byli to moi uczniowie.

»Stójcie!« zawołała Maria i na wpół podniosła rękę. Jan poznał ją pierwszy. Podszedł do niej i podparł ją swym ramieniem, ponieważ zachwiała się. »Matko Mario,« rzekł cicho i gorąco, »jestem z tobą. Chodź, zaprowadzę cię do domu.«

»Domu?« Maria spojrzała na niego pytająco. »Co się stało? Dlaczego prowadzą związanego Jezusa?«

»Zdradzono go i oskarżono niesprawiedliwie. Obwiniają go, że snuł plany przeciw Rzymowi. Ale to pomyłka. Już jutro wszystko się wyjaśni i tak będzie znów wolny.«

»Jutro!« powiedziała ciężko Maria. Jan ją odprowadzał, tymczasem inni uczniowie przyśpieszyli kroku, aby mogli podążyć za mną Jezusem.

»Pośpieszcie się!« zawołał Jan, »zostańcie blisko niego, a gdyby pytał o mnie, to powiedzcie, że odprowadziłem Marię do domu. Wkrótce pójdę za wami.«

Maria szła obok niego nie mówiąc ani słowa. Jan przerwał milczenie.

»Mario, twój syn ma ochronę, albowiem jest Synem Najwyższego. Nie bój się! Spójrz, przyszedł do nas, aby przynieść nam Słowo Pana. Zbuduje na tej ziemi swoje królestwo i będzie panował nad wszystkimi narodami.«

Maria potrząsnęła głową. »Nigdy! Jezus nie jest tym, którego zwiastował Izajasz. Sam mi to powiedział! Jest w rękach swych nieprzyjaciół i oni go zniszczą!«

Jan długo milczał. Spoczywał na nim wielki ciężar, który odczuwał już na kilka godzin przed aresztowaniem mnie Jezusa. Smutek, który tak wyraźnie tego wieczoru przejawiałem, moje słowa »jeden z was mnie zdradzi«, godziny spędzone w ogrodzie Getsemane, gdzie prosiłem o siłę w modlitwach, to wszystko stało przed Jana duchowym wzrokiem i wywoływało w nim obawy. Czuł, że zbliża się coś strasznego i darmo starał się owo przeczucie w sobie stłumić. Znosił z tą kobietą ten sam ból i podobnie jak ona ze strachem oczekiwał, co się będzie działo dalej. W swym ból się zjednoczył i czuli tak samo.

Gdy odszedł od Marii, pośpieszył za mną, swym Panem. Szukał mnie, aż mnie znalazł.

Marię pozostawił w stanie najwyższego niepokoju. Obracała się na łóżku niespokojnie tu i tam, czasami wyrywał się z ust cichy jęk. Jej myśli nieustannie krążyły wokół mojej Jezusa niewinności.

Powoli się rozwidniało. Maria wstała. Przez noc się postarzała. Wyszła z domu i z wysiłkiem się wlekła ulicami, które były już pełne ludzi. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Maria się dała bezsilnie unieść tym wielkim prądem, była gnana jak łupina, aż dotarła do domu Piłata. Czekał tam olbrzymi tłum ludzi. Między nimi stali zakonnicy i faryzeusze. Nienawistnie podjudzali ludzi przeciw mnie Jezusowi. Maria z tego nie pojmowała nic. Stała i nieruchomym wzrokiem patrzyła na Piłata dom.

Rzymski namiestnik wszedł na balkon. Natychmiast zapanowała głęboka cisza.

Piłat długo milczał. Potem przemówił mocnym głosem:

»Dzisiejszego dnia może być na wasze życzenie udzielona jednemu więźniowi cesarskie ułaskawienie. Od dzisiejszego dnia mam także moc i prawo sądzić Jezusa z Nazaretu. Nie widzę na nim winy. I dlatego ułaskawiam go!«

Lud zafalował niezadowolony. »Nie! Wydaj nam Barabasza, wroga!« krzyczeli.

Piłat pokręcił głową i wszedł z powrotem do domu. Gdy znowu się pojawił, prowadził mnie Jezusa.

»Patrzcie! Jaki to człowiek!« zawołał.

Wtem wysoki, jękliwy głos wykrzyknął: »Ukrzyżuj go!«

Po tych słowach wszyscy ucichli… potem rozległy się wołania, które trwały kilka minut. I znowu odezwał się ten sam głos: »Mówi, że jest żydowskim królem, Synem Bożym! Ukrzyżuj go!«

Piłat podniósł dłoń i zwrócił się do mnie Jezusa. »Czy to prawda, co mówią?« nie odpowiedziałem.

»Odpowiedz! Mówisz żeś żydowskim królem, Synem Bożym?«

Odpowiedziałem: »Ja nim Jestem!«

Piłat cofnął się o krok. Ogarnął go strach. »Nie widzę na nim winy,« zawołał ponownie.

I po raz trzeci dotarł do niego ów jękliwy głos:

»Nie jesteś cesarza przyjacielem, gdyż ochraniasz tego, który usiłuje zdobyć koronę!«

»Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj go!« wołały tłumy, te same tłumy, które przed kilkoma dniami wołały »hosanna«.

Piłat wzruszył ramionami. »Nie ponoszę winy za to morderstwo!« zawołał jeszcze raz, potem podszedł do mnie Jezusa i spojrzał na mnie. Pod ciężarem spojrzenia mojego Syna Bożego jednak odwrócił głowę. Bezsilnie machnął ręką i w pośpiechu powrócił do domu.

Porwały mnie surowe dłonie. Byłem odprowadzony. Lud stał i czekał, dopóki nie otworzono bramy domu i nie pojawili się żołnierze ze swą ofiarą.

Upletli mi Jezusowi cierniową koronę i nasadzili mi ją na głowę. Po moim czole i po twarzy ściekała krew.

Na moich ramionach spoczął ciężki krzyż, który miałem nieść na miejsce kaźni. Tłum ożył. Wokół słychać było wulgarne obelgi. Nagle ludzie zaczęli wiwatować, a ich radość otoczyła mnie Syna Bożego niczym wzburzone morze.

Żołnierze torowali sobie włóczniami drogę poprzez tłumy. Na ludzi prawie nie zwracali uwagi. Sposób, w jaki motłoch przejawiał nienawiść, wydawał im się nikczemny.

Na ulicach było więcej ludzi niż zazwyczaj. Wszyscy pragnęli ujrzeć moje Jezusa potępienie.

Maria stała wśród nich bez ruchu. Nie docierały do niej jednak przekleństwa wymierzone we mnie jej ziemskiego syna. Nie widziała wykrzywionych twarzy, które kpiły ze mnie Jezusa, ani ich oburzenia nad tym, że publicznie ogłaszałem, iż Jestem Synem Bożym.

Nagle się zbliżył zastęp ze mną Jezusem. Kiedy mnie Maria ujrzała, zamarło w niej serce i zachwiała się. Potem z jej wnętrza wytrysła prośba zamieniając się w krzyk, który słyszała tylko ona sama:

»Jeżeli jesteś Synem Bożym, musisz być nawet teraz dobrym! Obdarz mnie, twoją matkę, spojrzeniem, ostatnim spojrzeniem, zanim odejdziesz!«

A Ja Jezus, który nie zwracałem uwagi na ludzi stojących po obu stronach drogi, podniosłem głowę. Przez kilka sekund patrzyłem Marii w oczy i na wargach pojawił mi się uśmiech, w którym ukryty był cały mój ból. Potem poszedłem dalej…

Maria pobiegła za mną. Uczyniła tylko parę kroków i runęła na ziemię z krzykiem: »Mój synu!« Ktoś ją podniósł, ale gdy otrząsnęła się z omdlenia, odepchnęła go na bok i poszła za mną Jezusem na Golgotę.

Trzykrotnie Ja Syn Boży upadałem pod ciężarem krzyża. Wreszcie jeden z żołnierzy podszedł do mężczyzny przechodzącego po drodze, który wyglądał jak siłacz.

»Stój!« krzyknął na niego gwałtownie, aż ten się przeląkł. Zdjął z moich Jezusa ramion krzyż i przywlókł go po ziemi do mężczyzny. »Donieś go na Golgotę!« rozkazał mu. Potem mi Jezusowi, który leżałem na ziemi, pomógł wstać i popchnął mnie naprzód.

W końcu dotarliśmy na pagórek. Już z dali widać było dwa krzyże, które ciemno rysowały się na rannym niebie.

Obaj ukrzyżowani na nich wisieli z wykrzywionymi twarzami i jeden z nich straszliwie klął i przeklinał.

Żołnierze postawili krzyż. Za mną Jezusem doszedł aż pod krzyż tylko mały zastęp ludzi.

Stali głęboko wstrząśnięci w małej grupce, wpatrzeni we mnie Jezusa. Wszyscy czekali na ostatnie moje Pana słowo. Ale Ja Jezus milczałem… ani się nie poruszyłem, nie próbowałem zdjąć cierni z głowy. Czekałem, aż do mnie podejdą żołnierze. Zerwali ze mnie szaty i obwiązali mnie sznurem, którym mnie mieli wyciągnąć na krzyż. A gdy dokończyli swe straszliwe dzieło, gdy mi nogi i ręce przybili gwoździami do krzyża, wydawało się, jak bym Ja Jezus opuścił swoje ciało: tak w bezruchu wszystko znosiłem. Dopiero później mi z ust unikło westchnienie. Wtem tuż pod krzyżem ktoś szorstko się zaśmiał.

»Teraz udowodnij, że jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!« kpili ze mnie.

»Jeżeli jesteś Synem Bożym, pomóż sobie sam!«

Na to wszystko milczałem.

Obaj obok ukrzyżowani się poruszyli. Jeden z nich zaczął bluźnić. Drugi jednak przechylił głowę w stronę moją Jezusa: »Panie!« poprosił.

Ja Jezus, który zrozumiałem jego prośbę, rzekłem: »Jeszcze dzisiaj będziesz w raju!«

Grzesznik po moich słowach pochylił głowę i skonał.

Maria usłyszała głos mój ziemskiego syna i wyprostowała się.

»Nie jesteś opuszczona, nie płacz. Spójrz, to jest twój syn, a ty, Janie, spójrz, to jest twa matka!«

Jan objął Marię. Znów zapanowała głucha cisza. Zbliżało się umieranie i swym tchem już dotknęło natury. Nastało uciążliwie duszno. Trawy, kwiaty i krzaki się pochyliły jak osłabłe.

»Pić!«

To zaszeptałem śmiertelnie zemdlony.

Jeden z żołnierzy namoczył gąbkę, nasadził ją na tyczkę i podał na górę mi Jezusowi.

I znowu cisza. Maria stała pod krzyżem oparta o Jana. Nie narzekała, tylko w jej oczach widać było ból, który przeżywała.

Nikt ze zgromadzonych pod krzyżem nie odważył się owej ciszy zakłócić. Żołnierze leżeli niedaleko starając się ukryć w cieniu kilku krzaków przed niemiłosiernie palącym słońcem.

Wtem rozległ się głos z krzyża:

»Ojcze! Do Twych rąk oddaję swego ducha.«

Usłyszeli ciche westchnienie i moja Jezusa głowa się pochyliła…

Ludzie nie odważyli się drgnąć. Stali, jakby skamienieli… potem wszyscy padli na kolana.

Usłyszeli ostry dźwięk, jakby trzask bicza. Wokół nich wszystko dziko zawyło. Niebo pociemniało, ziemia zadrżała… tak przyroda wyrażała swój żal.

Żołnierze ze strachu wyskoczyli i uciekli. Tylko jeden podszedł powoli bliżej. »Tak, jest to Syn Boży!« rzekł i ukrył twarz w dłoniach.

Dopiero teraz uczniów ogarnęła fala strasznego bólu, którego nie można było porównywać z niczym, co przeżywali przedtem.

»Myśmy go stracili! Jesteśmy sami, opuszczeni!« krzyknął w rozpaczy Andrzej, a w jego głosie słychać było ból wszystkich innych.

Maria stała całkiem spokojna.

»Kochał was, nie narzekajcie!« Potem powoli usiadła obok Jana na ziemi.

Jak długo czekali na coś sami nie wiedzieli. Nagle zobaczyli, jak zbliża się do nich kilku mężczyzn.

Mężczyzna, który ich prowadził, wielki, przystojny człowiek, śpieszył się, aż się nagle, gdy ujrzał krzyż, zatrzymał. Spojrzał przerażony na moje ziemskie ciało Jezusa, a na jego twarzy pojawił się bolesny wyraz. Dwoma krokami i stanął pod krzyżem:

»Późno! O Panie, tyś odszedł, nie mówiąc do mnie ostatniego słowa! Panie, komu mam służyć, jeżeli nie tobie? Po co jeszcze żyję?«

Objął dolną część krzyża i padł na ziemię.

Jego towarzysze, między nimi byli i rzymscy żołnierze, stali w tyle i czekali, aż znów wstanie.

Potem powoli podeszli.

»Józefie z Arymatei!« Jeden z uczniów do niego podszedł i podał mu rękę.

»O tym morderstwie dowiedziałem się zbyt późno a teraz przychodzę, aby go pochować.« Odwrócił się, aby ukryć łzy.

Jeden z żołnierzy podszedł do krzyża i przebił moje ziemskie ukrzyżowane ciało włócznią, jego bok. W dół ściekała krew i woda.

»Jest martwy,« stwierdził spokojnie.

Józef z Arymatei drgnął, jak gdyby poczuł cielesny ból. Potem rozkazał, aby moje Jezusa ciało ściągnęli.

Gdy ziemskie ciało moje Jezusa położyli na płaszcz, który rozpostarł, uklęknął przy nim i namazał moje ciało balsamem. Potem je owinął płótnem i kazał je odnieść do grobu, który dla ciała przygotował.

Wejście do grobu wykutego w skale zakrył ciężki kamień.

Skomentuj »

CNOTLIWOŚĆ

CNOTLIWOŚĆ

12.

Cnotliwość jest pojęciem tak niewiarygodnie przez ziemskich ludzi zawężonym, że z jego prawdziwego znaczenia nie pozostało już nic. Zepchnięto je wręcz w złym kierunku. To wypaczenie musiało oczywiście u wielu spowodować niepotrzebne przygnębienie, a bardzo często także niewymowne cierpienia.

Zapytajcie gdziekolwiek, czym jest cnotliwość, a wszędzie otrzymacie odpowiedź, że jest to pojęcie określające nienaruszenie powłoki cielesnej. Można to wam wyjaśniać w jakiejkolwiek formie, w każdym razie poglądy ziemskich ludzi na tym się kończą.

Świadczy to o małostkowym sposobie myślenia ziemskich ludzi podporządkowujących się rozumowi, który sam wytyczył granice wszystkiego co ziemskie, ponieważ jego możliwości powstały z ziemskiego i na więcej go nie stać.

Jakże łatwo udawało się ziemskiemu człowiekowi być uznawanym za cnotliwego, jakże łatwo zdobywał taką opinię, podczas gdy on sam popadał w samouwielbienie. Nie posunie się jednak nawet o krok wyżej na drodze do świetlistych ogrodów, które jako raj są błogim, ostatecznym celem ludzkiego ducha.

Nic ziemskiemu człowiekowi nie pomoże, jeśli będzie utrzymywać swoje ciało w nienaruszonym stanie, a splami swojego ducha, który wtedy nigdy nie powędruje w górę, od jednego stopnia do drugiego.

Cnotliwość jest inna niż myślą ziemscy ludzie, ma o wiele większy wymiar i nie wymaga sprzeciwiania się naturze. To byłoby przecież przewinieniem wobec praw współbrzmiących w Bożym stworzeniu i musiałoby przynieść negatywne skutki.

Cnotliwość jest ziemskim pojęciem dla czystości, która jest boska. Wyczuwając poblask tego, co w boskim jest oczywiste, ludzki duch stara się zrealizować to gęstomaterialnie. Czystość jest boska, człowiek zaś naśladuje ją cnotliwością, a więc duchowym odblaskiem, który może i powinien stać się widoczny w ziemskim postępowaniu.

To powinno być dla każdego dojrzałego ludzkiego ducha wystarczającym podstawowym prawem dla urzeczywistniania cnotliwości. Na ziemi jednak człowiek pod wpływem wielu własnych życzeń skłonny jest do udawania przed samym sobą czegoś, czego tak naprawdę w nim nie ma, tylko po to, aby osiągnąć spełnienie swoich życzeń.

Egoizm zajmuje czołowe miejsce i paraliżuje prawdziwie czyste chcenie! Ziemski człowiek sam się do tego nigdy nie przyzna i beztrosko pozwala na siebie wpływać. A gdy już naprawdę nie wie, co innego mógłby sobie jeszcze wmówić, to swoje często bardzo wyraźne wysiłki, zmierzające do spełnienia własnych chybionych życzeń, nazywa koniecznym poddaniem się losowi.

Dlatego jako wytyczne i jako oparcie potrzebne są także jeszcze inne wskazówki, które umożliwiłyby jemu poznanie i przeżycie, czym cnotliwość naprawdę jest i jak zawarta jest w Bożej Woli, która na ziemi nie chce oddzielania od natury.

W boskości czystość jest ściśle zjednoczona z miłością! Dlatego również na ziemi nie wolno człowiekowi próbować ich od siebie rozdzielać, jeżeli mają mu one przynieść błogosławieństwo.

Lecz na ziemi także miłość stała się tylko szpetną karykaturą tego, czym jest w rzeczywistości. Dlatego bez uprzedniej zmiany nie będzie mogła się połączyć z pojęciem prawdziwej czystości.

Wszystkim, którzy usiłują osiągnąć cnotliwość, daję w tym miejscu radę, która będzie dla nich oparciem, jakiego potrzeba człowiekowi na ziemi, aby mógł żyć tak, jak chce tego prawo stworzenia, a więc jak i Bogu jest to miłe.

»Kto nieustannie w swym postępowaniu myśli o tym, aby nie wyrządzić szkody ufającemu mu bliźniemu i nie uczyni niczego, co później mogłoby bliźniego gnębić, ten zawsze postępuje tak, aby duchowo pozostać nieobciążonym i dlatego można go naprawdę nazywać cnotliwym!«

Te proste słowa, gdy zostaną właściwie pojęte, mogą przeprowadzić człowieka przez całe stworzenie i poprowadzić go wzwyż do światłych ogrodów, do jego prawdziwej ojczyzny. Słowa te są kluczem do właściwego działania na ziemi, bo zawierają prawdziwą cnotliwość.

Dokładnie to samo wyrażam w słowach:

»Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego!«

Musicie się jednak strzec, byście nie popełniali starych ludzkich błędów ponownie poprawiając i częściowo wypaczając sens tych słów, aby służyły waszym osobistym celom, aby was uspokajały, gdy niewłaściwie postępujecie, oraz aby pomagały uśpić uwagę waszych bliźnich, a nawet całkowicie ich omamić.

Pojmujcie te słowa w takim znaczeniu, w jakim naprawdę trzeba je pojmować, a nie tak, jak to wam odpowiada i jak odpowiada to waszym egoistycznym życzeniom. Potem staną się one w waszych rękach najostrzejszym mieczem, którym będziecie mogli uderzyć we wszelkie ciemności, jeżeli tylko będziecie chcieli. Pozwólcie słowom w swoim wnętrzu właściwie ożyć, aby pojmować życie na ziemi z wdzięcznością, jak radośni zwycięzcy.

Skomentuj »

WRÓCIŁEM zupełnie przemieniony.

WRÓCIŁEM zupełnie przemieniony. Z żarzącymi oczyma, które swoją jasnością mówiły całkiem wyraźnie.

Maria o nic mnie nie pytała. Spojrzenie na mnie mówiło jej wszystko.

Badawczo spojrzałem jej w oczy.

»Widzę, że jesteś zadowolony, synu.« Szukała ręką za sobą oparcia, o co mogłaby się oprzeć, aż natrafiła na stół. »Pędzisz prosto w nieszczęście. Pozwalasz prowadzić się błędnym przekonaniem, że musisz wyjaśnić ludziom swoje prowadzenie, aby poszli za tobą, a oni cię zniszczą!«

Nagle podniosła błagalnie ręce.

»Moje dziecko,« rzekła drżącym głosem, w którym wyraźnie można było wyczuć strach, »usilnie cię proszę, opuść tą drogę! Jeżeli masz inne przekonanie, poniechaj go, nie opowiadaj o nim. Nie ma na tej ziemi jedynego człowieka, który by cię zrozumiał! Nikt tobie nie podziękuje, bez względu na to, co jemu ofiarujesz. Tylko wszędzie narobisz sobie nieprzyjaciół, którzy w swej nienawiści będą się starali cię dopaść, ściągnąć w nieszczęście i zabić! Boję się o ciebie, już nie mam spokoju.«

»Matko,« odrzekłem miękko, »biedna matko. Że mnie nie potrafisz pojąć! Nie chodzi przecież o mnie. Idzie o to najwyższe, o Prawdę! Że nie pozwolisz się unieść owym nurtem i zapomnieć o całej reszcie! Spójrz, przyszedłem tu po to, aby wszystkim ludziom przynieść Prawdę i nie mogę inaczej. Odrzuć strach, który cię tylko krępuje, wyzwól się i chodź ze mną. Nigdy nie będziesz żałowała, że wybrałaś tę drogę!«

Marii opadły ręce. Moje słowa nie docierały do niej, widziała tylko, że wszystko skończone. Nie usłucha jej i odejdzie!

»Zostaw mnie!« powiedziała mdłym głosem i zrezygnowana machnęła ręką. Wydawało się, jakby pękło ogniwo, które mnie jeszcze łączyło z ziemską matką. Spojrzałem na nią chłodno, jakby widział ziemską matkę po raz pierwszy…

Teraz nie było nic, co by mnie mogło zatrzymać. Słowo, które dałem Józefowi dotrzymałem. W ziemskim domu mnie już nie potrzebowali, a ziemska matka mnie opuściła pierwsza! I historia ponownie się powtórzyła i dziś, ziemska obecna moja matka nie poszła za moim Słowem.

Wyruszyłem w świat, aby przynieść Światło tym, którzy pragnęli mojego Przesłania.

Maria została w domu jak sparaliżowana. Nie miała sił i była zmęczona. Wegetowała, postarzała się o lata…

Na zewnątrz wydawało się, jak gdyby mnie całkiem wykreśliła ze swojego życia. Nigdy o mnie nie mówiła, a od czasu, gdy się ziemscy ludzie zaczęli ze mnie śmiać i nazywali mnie bluźniercą, nie wymawiali mojego imienia nawet jej ziemscy pozostali synowie. A kiedy chłopcy i młodzieńcy zauważyli, że nawet ziemska matka nigdy nie broni mnie ich brata przed zakonnikami, którzy przychodzili do domu radzić samotnej kobiecie, uważali to za potwierdzenie wszystkiego, co słyszeli.

W kilka miesięcy później jednak znowu uważnie słuchali. Do miasta przyszli obcy ludzie, pytali o mnie Jezusa, odwiedzili moją matkę i rozprawiali o mnie z entuzjazmem.

Maria siedziała i słuchała z zastygniętą twarzą. W jej sercu jednak działo się coś mocnego. Opowiadania obcych tak ją wzruszyły, że po ich odejściu pozostała przez kilka godzin sama nikogo do siebie nie wpuszczając. Wszystko, co słyszała, ponownie obudziło w niej dawniejszy strach. Nie powiedzieli obcy ludzie jej, że Ja Jezus prowadziłem gwałtowne słowne boje z faryzeuszami i zakonnikami? Przecież w ten sposób z wszystkich owych uczonych uczyniłbym sobie wrogów! Kim są moi zwolennicy? Jak na razie to tylko biedacy, rybacy i celnicy! Całą moją ochronę tworzył tłum, który tchórzliwie pierzcha, gdy tylko pojawi się jakieś niebezpieczeństwo!

»Muszę pójść do niego znowu go ostrzec,« uważała Maria pełna obaw. Ciągle jeszcze walczyła przeciw wewnętrznemu głosowi, który jej już dawno potwierdził, że w konfrontacji z wolą ziemskiego syna jest bezsilna. Nie chciała słyszeć słów, które coraz żywiej odzywały się w jej duchu:

»On podąża tą drogą, ponieważ nie może inaczej! Prędzej potrafiłabyś zamienić ogień w wodę, niż byś Go przekonała o czymś innym!«

Przez to pewnego dnia Maria opuściła dom i ziemskich synów i poszła szukać mnie Jezusa. Śpieszyła do mnie jak wielu innych, których spotykała na drodze. Wołanie, które dotarło do niej w Nazarecie, trafiło w wielu ziemskich ludzi i w innych częściach kraju izraelskiego. Wydawało się im, że Ja nowy prorok grzmię mocnym głosem, że moje słowa pełne są siły. Miałem i dziś mam zwolenników, którzy wchłaniają moje Słowa, jak spragnieni i lgną do mnie z wielką miłością. W Jerozolimie już na mnie proroka oczekiwali. We wszystkich miastach, przez które przechodziłem, zakonnicy zapraszali mnie do siebie i zadawali mi pytania. Odpowiadałem na nie pewnie i z uśmiechem na ustach. To wszystko Maria słyszała na drodze do mnie ziemskiego syna. Ale szacunek owych ludzi wobec mnie coraz bardziej ciążył jednak na niej.

»A co byście powiedzieli, gdybyście się dowiedzieli, że ten oto mąż, którego nazywacie prorokiem, jest synem Rzymianina? Jakaż w tym ironia, jakie poniżenie dla słów Pisma! Czy w Jezusie tli się choć jedna iskierka prawdziwego żydowskiego odczuwania? Czy ja, jego matka, kiedykolwiek zgadzałam się z całą tą naszą nauką? Nigdy! Jezus przynosi światu swą niespokojną krew odziedziczoną po ojcu. Gdyby był Rzymianinem, zostałby na pewno żołnierzem jak jego ziemski ojciec, który także panował nad swoimi podwładnymi. Jezus korzysta z owej cechującej go siły w innym celu. Stał się kaznodzieją, ludzie zaś idą za nim i podporządkowują się jego woli, jak barany.«

»Mario jakże mogłaś tak bardzo zbłądzić? Korzystasz jedynie z rozumu i szukasz wyjaśnień. To jest wszystko, co ci pozostało? Nie zatraciłaś z powodu mniej ważnych spraw tego, co najcenniejsze?«

Maria oniemiała. Jej mózg nagle zatrzymał się jak sparaliżowany i przestał snuć swoje rozważania. Wsłuchiwała się w ową niepokojącą ciszę w swoim wnętrzu. Wypełnił ją wstyd, palący wstyd przed własną małostkowością.

Tak doszła do Samary i znalazła w końcu miasteczko, gdzie właśnie przebywałem. Byłem gościem bogatego kupca. W całym miasteczku panowało poruszenie spowodowane mową, którą przed kilku godzinami wygłosiłem w szkole. Samara, nieprzyjacielska prowincja, mnie proroka uznała! Maria odszukała dom, w nim mieszkałem. Jak żebraczka stanęła przed bramą i nieśmiało zapytała jednego ze sług o mnie Jezusa.

»Prorok i jego uczniowie właśnie jedzą obiad!«

»Mógłbyś Go zawołać? Jestem Jego matką.« Ostatnie słowa zabrzmiały tak słabo, jak leciutki powiew wiatru.

Sługa pośpieszył do domu. Kiedy Maria usłyszała zbliżające się szybkie kroki, lekko się zachwiała.

Wtem stanąłem przed nią Ja Jezus. Spojrzała na mnie, jak tu stałem, wyprostowany, bez słowa, jej spojrzenie pojaśniało. Poczuła, że powinna teraz paść na ziemię, objąć moje nogi i prosić o wybaczenie… ale nie mogła. Tylko jej oczy powoli wypełniły się ciężkimi łzami.

Spokojnie patrzyłem w jej rozoraną bólem twarz i czekałem… długo czekałem.

Maria czuła, że jest między nami przepaść. To jest Jezus? Te oczy, które na nią pytająco spoglądają i w których nie można ujrzeć nawet cienia zrozumienia dla tego, że jest wewnętrznie rozdarta. Ten to człowiek nie ma już z nią nic wspólnego!

»Jeszcze się do Niego możesz przybliżyć, ale tylko tak, że wyrzekniesz się własnych poglądów i przystaniesz do Niego!« Maria słyszała to napomnienie tak wyraźnie, jakby ktoś wymówił je na głos. Ale wtem jakby w odpowiedzi zabrzmiał głos, który nigdy długo nie milczał:

»Nie zapominaj, że pomimo wszystko to twój syn, który jest ci podporządkowany, ty zaś dla niego chcesz to najlepsze!«

Chciała otworzyć usta i wypowiedzieć prośbę, która ją tu przywiodła, ale nie mogła. W moich Jezusa oczach jest coś, co wpłynęło na nią tak, że się odwróciła. Odeszła i nie zobaczyła głębokiego bólu pojawiającego się na mojej twarzy Syna Bożego…

Nie wiedziała, że Ja Jezus tylko z miłości do niej przejawiałem taki spokój i nie powstrzymałem jej, gdy odchodziła.

Maria wracała do małego gościńca, gdzie przebywała. Wlokła się ulicami opierając się rękami o ściany domów, jakby była chora. W rozpaczy rzuciła się na wąskie łóżko, ciałem wstrząsało tłumione szlochanie. W jej żyłach zapłonęła gorączka. Chętnie poddawała się wszystkim zbliżającym się do niej nurtom. Jej ciało nie potrafiło obronić się przed atakiem ciemności i Maria ciężko zachorowała.

Tygodnie przeleżała w miasteczku, które wraz ze swoimi uczniami opuściłem już drugiego dnia. Nic z tego nie ciążyło na mnie. Światło, które ze mnie bije, nie dopuszcza do odsunięcia mojego posłania i nie pozwala, aby zbliżyło się do mnie cokolwiek nieczystego.

Od tego czasu Maria nie miała już żadnej nadziei. Gdy powoli wyzdrowiała, wyruszyła w stronę swojego ziemskiego domu. Śmiertelnie zmęczona dotarła do Nazaretu. Jej ziemscy synowie, którzy już bardzo martwili się o nią starali się jej wszystko wynagrodzić. Pocieszali ją, jak tylko mogli, a Maria dziękowała im ze wzruszeniem.

W Samarze zaczęła już tęsknić do tej czwórki ziemskich dzieci i domu. Miała ich obraz przed oczyma jak azyl, było z tym powiązane pojęcie bezpieczeństwa i spokoju.

I dziś ponownie duch Marii jako Anna P. z nowym imieniem duchowym jako Vanessa jest na ziemi, jej ziemski partner z zawodu stolarz, a czwórka ziemskich dzieci ponownie stanowi nie przepracowany temat z przeszłości.

Wrażenie spokoju wkrótce jednak zniknęło. Niepokój ostatnich dni ogarnął Marię znowu z niebywałą siłą i uczynił z niej przedmiot zabawy, z którym igrały jej własne myśli.

A tymczasem o mnie jej ziemskim synu mówiło się coraz więcej. Uznawano mnie Jezusa już od dawna i chętnie przyjmowali mnie u siebie znaczący ludzie w całym kraju. Mój wpływ na otoczenie zaczęto doceniać wszędzie, gdzie tylko się pojawiłem. Izrael spoglądał na mnie z nadzieją i oczekiwaniem. Tylko kapłani czuli, że ich moc i wpływy maleją. Nienawiść i zawiść buchały niczym ostre płomienie tłumionego ognia, przygotowane w każdej chwili aby spontanicznie i dziko zapłonąć. Na razie jeszcze milczeli. Razem z innymi mieli nadzieję, że Ja Jezus, który, jak już wiedzieli, nie znam strachu, jednego dnia zgromadzę wojsko i wypędzę nieprzyjaciół z ziemi.

Do tego czasu chcieli zostawić mnie w spokoju. Później jednak szykowali się, aby z całą siłą we mnie uderzyć. Ten człowiek, który zbezcześcił sobotę, nie posiada przecież ani mocy, ani ochrony Pana! Jest sprytnym i umiejętnym mówcą, ale wpadnie w pułapki, które oni na niego zastawią.

Wpływy moje Jezusa zaczynały być coraz większym zagrożeniem. Lud biegał za mną tłumnie i przestał uczęszczać do szkół. Faryzeusze chcieli interweniować, ale było już za późno. Nie mogli odzyskać ich zaufania, dopóki do ludzi przemawiałem Ja prorok. Knuli plany, jak mnie Jezusa zniszczyć. Woleli raczej panowanie Rzymu niż mnie jako człowieka, który mówi im Prawdę! Na nich Rzym nie zwraca uwagi, ponieważ nie widzi w nich zagrożenia. Ale przecież chodzi o Jezusa, czyż Rzymianie rzeczywiście nie muszą widzieć w nim groźnego przeciwnika? Nie można by zastosować w tym miejscu dźwigni? Tak próbowali osnuwać mnie Jezusa przynoszącego Światło ciemnymi włóknami. Szukali w ukryciu szczelin, przez które mogliby przenikać.

W Nazarecie zakonnicy odwiedzali Marię coraz częściej. Coraz częściej pojawiały się w ich rozmowach z Marią pytania dotyczące mnie Jezusa. Starali się od Marii dowiedzieć, jaki jest jej stosunek do mnie Jezusa. Nie potrafili jednak wymusić na niej żadnej konkretnej odpowiedzi. Maria zręcznie uchylała się od odpowiedzi na ich podchwytliwe pytania. Na pozór życie moje jej ziemskiego syna było jej obojętne, a ponieważ zawsze, kiedy dyskusja zaczynała mnie dotyczyć, bardzo szybko przestała na pytania odpowiadać, nigdy nie powiedziała o mnie niczego złego. Odwiedziny zakonników były dla niej za każdym razem udręką, ponieważ bardzo szybko poznała, jaki mają one cel. Podstępne spojrzenia, znaczące mrugnięcia i kiwanie głową, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy padło moje imię jej ziemskiego syna, wszystko to pobudzało ją przeciwko zakonnikom. Gardziła tymi podstępnymi ludźmi, a w jej wnętrzu coraz częściej pojawiało się pytanie: »Nie ma Jezus prawa zadeptać to robactwo?« A gdy zauważyła, że przemawia przez nich strach, ogarnęła ją radość.

»Mario, twój syn nigdy nawet nie zahaczy o Nazaret! Dlaczego? Nie ma tu ludzi, do których mógłby przemawiać, i których mógłby wyleczyć?«

»Jezus przyjdzie także tu,« odpowiedziała Maria spokojnie, ale serce biło jej przy tych słowach gwałtownie. Myśl ta zaniepokoiła ją, ponieważ dotychczas nie wzięła takiej możliwości pod uwagę.

Ja i moi uczniowie rzeczywiście zawitaliśmy do Nazaretu, a za nami nadciągnęły tłumy ludzi. Zamieszkałem w schronisku, ale przyszli do mnie ziemscy bracia prosząc, abym przyszedł do domu.

Spojrzałem na nich pełnym miłości wzrokiem i uśmiechając się ująłem najmłodszego z nich za ramiona: »Posyła was matka?«

»Tak!«

»Pójdę tak z wami.«

I szedłem z nimi. Po drodze spotykaliśmy zakłopotanych ludzi, którzy nie wiedzieli, jakie mają wobec mnie zająć stanowisko, mają mnie popierać, czy potępiać. Ziemscy bracia byli radzi, gdy dotarliśmy do domu. Czuli się źle, gdy gapiono się na nich. Kiedy wszedłem, Maria siedziała na swoim miejscu przy oknie. Chciała wstać, ale kilkoma szybkimi krokami przeszedłem przez izbę i stanąłem tuż przy niej. Maria na wpół stojąc spojrzała mi w twarz bezsilna jak dziecko. Delikatnie popchnął ją rękami z powrotem na krzesło, przyciągnąłem niski stołek i usiadłem obok niej. Wziąłem jej dłonie i ukryłem w nich swoją twarz.

Maria siedziała nieruchomo. To, co się działo, przepływało przez nią i działało wyzwalająco. W jej spojrzeniu, którym ogarnęła głowę moją, swojego ziemskiego syna, było oddanie i miłość, która zapomina o sobie samej. Nic, nawet najcichszy szelest, nie naruszało odświętności owej chwili spotkania. Obok w izbie stali bracia ze szczęśliwymi uśmiechami na twarzach i czekali, dopóki nie zabrzmiało kilka łagodnych słów. Potem odetchnęli z ulgą i odeszli do swoich zajęć. Nad domem unosił się spokój i nie dopuścił, aby zbliżyło się coś, co mogłoby go zakłócić.

Przybyli uczniowie i przyjęto ich w domu, niczym gości. Maria krzątała się z wesołą twarzą to tu, to tam, pilnie dbając o to, aby wszyscy czuli się dobrze i znowu po długich latach czuła się swobodnie i lekko. Gdy odchodziłem, aby przemówić w synagodze, bez słowa wzięła swój płaszcz i szła obok mnie przez tłum ciekawskich, którzy stali w gęstych szeregach po obu stronach drogi.

Synagoga niemalże nie pomieściła takiej ilości ludzi. Kapłani spoglądali wokół siebie niespokojnie: byli oszołomieni.

Gdy zacząłem mówić, zapanowała głęboka cisza. Ludzie wsłuchiwali się w moje słowa, jak oczarowani i zapomnieli o ciekawości, która pierwotnie ich do synagogi przywiodła.

Gdy skończyłem mówić, podszedł do mnie jeden z faryzeuszy.

»Nie jesteś Jezusem, synem cieśli Józefa? Jak to jest, że masz odwagę nam, najstarszym, dawać rady?!«

Spojrzał na niego spokojnie.

»Dlaczego zadajesz pytanie, na które możesz sam odpowiedzieć? Przecież wszyscy, którzy tu są, mnie znają.«

»Więc powiedz nam, skąd czerpiesz mądrość, którą głosisz? My jej ciebie nie nauczyli!«

Zgromadzeni zaczynali być niespokojni. Ludzie jednak z napięciem słuchali, gdy Ja Jezus rzekłem: »Tak samo mógłbyś o to zapytać Mojżesza, ponieważ On podał prawa Prawdy jak Ja.«

Tłum zaszumiał niezadowolony.

»Masz odwagę przyrównywać siebie do Mojżesza?«

Wyprostowałem się dumnie. Moje spojrzenie przeleciało po głowach zgromadzonych i miało w sobie tak wielką moc, że wszyscy umilkli. Kąciki moich ust lekko opadły, gdy odpowiedziałem:

»Do nikogo się nie przyrównuję!«

Wybuchł potężny zgiełk i wrzawa. Zrozumieli moje słowa i pozycję, którą przyjąłem. W górze pokazały się zaciśnięte pięści. Tłum parł naprzód, do miejsca, gdzie stałem, ale uczniowie utworzyli wokół mnie krąg, aby do mnie nie mógł nikt przeniknąć.

Wreszcie znowu zapanowała cisza.

»Mężczyźni i kobiety nazarejscy, cóż uczyniłem, że mnie nienawidzicie? Oburzyło was tak moje napomnienie? Dlaczego przejawiacie ślepą zawiść? Dlatego, że jestem inny niż wy?

I znowu wysunął się faryzeusz.

»Mówi się, że umiesz uzdrawiać chorych. Pokaż nam cud, abyśmy mogli uwierzyć twym słowom!«

Uśmiechnąłem się, ale moje oczy były poważne, gdy mówiłem:

»Tam, gdzie moje słowa nie są wystarczającym świadectwem, nie pomoże żaden cud!«

»Tak więc ty nie chcesz?« Faryzeusz zaśmiał się szyderczo.

Spojrzałem na niego poważnym wzrokiem. »Nie!«

Faryzeusz odwrócił się w stronę tłumu: »Tam, gdzie ludzie zachowali zdrowy rozsądek, jego umiejętności zawodzą!«

Synagogę wypełnił pogardliwy śmiech.

Wtem przez tłum przedarła się jakaś kobieta. Zanim ktoś mógł jej w tym przeszkodzić, uklękła przede mną Jezusem.

»Panie,« prosiła, »spójrz na moje ręce, są sparaliżowane. Wierzę w Ciebie, pomóż mi!«

Zapanowała grobowa cisza…

Spojrzałem w dół na kobietę i długo milczałem.

Jeden z uczniów pomógł klęczącej kobiecie wstać. Ująłem jej ręce w swoje dłonie. Kobieta krzyknęła i szlochając zawołała:

»Jestem uzdrowiona!«

Zszedłem z podwyższonego miejsca. Ludzie zrobili miejsce, abym mógł przejść. Wyszedłem na zewnątrz i pozostawiłem ich w głuchym milczeniu.

Uczniowie wyszli za mną. Wspólnie udaliśmy się poza miasto. Byłem poważniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Gdy się wreszcie pod wpływem czystej natury rozweseliłem, sprawiłem tym swoim uczniom radość.

Do domu ziemskiej matki powróciliśmy dopiero późno. Maria cały czas, kiedy była sama, niezmiernie cierpiała. Każde słowo faryzeusza i ludzi, między nimi wtłoczona stała, aby słyszeć słowa moje jej ziemskiego syna, jak również każdą obelgę, którą usłyszała, powodowała jej cierpienia.

»Ci ludzie nie są godni, aby do nich mówił. Jakżeż Jego słowa były jasne, jak cudowne było to wszystko, a wbrew temu chcieli innych dowodów dla Prawdy: cudów!«

Martwiła się, że tak długo nie ma mnie w domu. Może cierpiał z powodu grubiaństwa tych ludzi?

Wreszcie późnym wieczorem uczniowie powrócili, a z nimi jako ostatni i Ja Jezus.

Maria na mnie z obawą spojrzała, ale na mojej twarzy ujrzała wesoły i spokojny wyraz.

»Jutro pójdziemy dalej, matko,« rzekłem i uśmiechnąłem się.

Maria była rozczarowana. Prosiła mnie, aby został.

»Nie mogę, mamo, muszę przynieść Słowo jeszcze wielu ludziom.«

»Ale jak mało z nich będzie twoje słowa rozumieć?«

»Nikt!«

Maria na mnie milcząc spojrzała. Twarz moja Jezusa stała się poważna, wręcz surowa.

»Nikt, żaden człowiek, nawet moi uczniowie!«

Maria usiadła na krześle. Usiadłem u jej nóg. Obydwoje byliśmy sami.

»Nikt.« Maria potrząsnęła głową.

Stałem się nagle niewymownie smutny, ramiona zmęczone opadły mi. Moje oczy wpatrywały się w pustkę.

»Ale to by było beznadziejne!« ogłosiła Maria.

»Beznadziejne, często tak myślę, matko. Ale przez to idę dalej – dla dwóch albo dla trzech, którym mogę pomóc.«

»Jezusie, co cię zmusza, abyś okazywał ludziom dobro, jeżeli oni i tak nigdy Ciebie nie zrozumieją?«

»Miłość!«

Maria spojrzała na mnie zaskoczona. Nagle się na mnie wszystko rozpromieniło. Wyprostowałem się, uśmiechnąłem i spojrzałem na Marię z taką miłością, że aż się zachwiała. Znowu ją opanowała obawa, przed utratą mnie jako dziecka.

»Ty ich kochasz, a oni myślą o tym, aby cię zniszczyć. Och, milcz! Wiem to, faryzeusze prawie każdego dnia przychodzą do mojego domu i czyhają, aby złowić jakieś moje nieostrożne słowo. Chcą wiedzieć, co zamierzasz i za kogo się uważasz. Nienawidzą ciebie bardziej niż Rzym. Jesteś dla nich największym nieprzyjacielem, ponieważ tłum idzie za tobą. Czują, że ich moc, którą tak długo mieli w swoich rękach, zaczyna im się wymykać i dlatego muszą cię zniszczyć. Wierz mi, synu, widzę to jasno i wyczuwam ich nieczyste zamiary.«

»Matko, i gdyby byli jak drapieżnicy, muszę z nimi walczyć, stawić im opór.«

»Jeszcze cię ochraniają bogaci ludzie tego kraju. Uświadamiają sobie twój wpływ na lud, doceniają go i mają nadzieję, że wyzwolisz ich z więzów Rzymu. Myślą tylko o tym, że sformujesz wojsko, aby wreszcie wygnać nieprzyjaciół z kraju. Powiedz mi, czy masz taki zamiar?«

Wysłuchałem jej aż do końca, a potem podniosłem głowę i rzekłem:

»Nie, takiego zamiaru nie mam! Nie jestem nieprzyjacielem Rzymian!«

Maria wzruszona odetchnęła. Gdy mówiła, nachyliła się do przodu, aby dobrze usłyszeć moją odpowiedź. Teraz opadła znowu na oparcie krzesła.

»Nie jesteś nieprzyjacielem Rzymian. Jak byś nim mógł być!«

Nie zareagowałem na matczyną uwagę.

»Mym przeciwnikiem są ciemności, Lucyfer. Ja jednak nie przychodzę, aby go sądzić!«

»Nie rozumiem!«

»Ja wiem.«

»Gdy nie przychodzisz zniszczyć Lucyfera Ty, przyjdzie wtedy ktoś inny?«

»Przyjdzie Ten, który przyniesie sąd wszystkim ludziom i Jego w tym celu wyznaczył Bóg. Ten czas jest już nie daleko!«

Maria umilkła. »Tak więc Jezus nie jest Mesjaszem,« pomyślała sobie. »Jak by mógł być Rzymianin wybranym Izraela?«

Następnego dnia wyruszyłem z uczniami w dalszą swoją drogę.

Skomentuj »

DZIECIĘCOŚĆ

DZIECIĘCOŚĆ

11.

Słowo »dziecięcy« jest wyrazem, którego ziemscy ludzie w swoim lekkomyślnym i nierozważnym sposobie mówienia w większości przypadków używają niewłaściwie.

Hamowani duchowym wygodnictwem nie wyczuwacie tego wyrazu dostatecznie, aby móc go właściwie pojąć. Kto jednak tego wyrazu w pełni nie pojął, ten także nigdy nie będzie mógł go odpowiednio zastosować.

A przecież to właśnie dziecięcość tworzy solidny pomost, pozwalający ziemskim ludziom na wzlot ku światłym wyżynom i umożliwiający dojrzewanie oraz doskonalenie każdego ludzkiego ducha, aby wolno jemu było wiecznie przebywać w tym stworzeniu, które jest domem należącym do Boga mojego Ojca. On dał ten dom ludziom, abyście z niego korzystali, jeżeli… pozostaniecie w nim mile widzianymi przez Niego gośćmi! Gośćmi nie niszczącymi pomieszczeń, które łaskawie dla was przeznaczył, abyście w nich przebywali przy stale suto zastawionym stole.

Lecz jak bardzo oddaliliście się od tej tak nieodzownej dla was dziecięcości!

A przecież bez niej nie możecie uczynić dla swojego ducha niczego. Duch musi być dziecięcy, ponieważ jest i zawsze będzie dziecięciem stworzenia, nawet kiedy osiągnie pełnię dojrzałości.

Dziecię stworzenia! W tym określeniu zawarty jest głęboki sens; aby duch stał się dziecięciem Bożym, musi się najpierw rozwinąć. Czy to osiągnie, zależy jedynie od stopnia poznania, które ma wolę sobie przyswoić na swojej drodze przez wszystkie materie.

Ta wola musi jednak przejawić się także czynem. W duchowych poziomach wola jest jednocześnie też czynem. Tam wola i czyn są zawsze jednym. Tak jednak dzieje się tylko w poziomach duchowych, a nie w materiach. Czyn tym bardziej oddalony jest od woli, im bardziej dany poziom materii jest gęsty i ciężki.

O tym, że gęstość jest przeszkodą, przekonamy się choćby na przykładzie dźwięku, który w ruchu musi przebijać się przez materię hamującą go zależnie od rodzaju gęstości. Można to już łatwo zaobserwować przy małych odległościach.

Jeżeli ktoś rąbie drwa lub na budowie wbija gwoździe w deski, to ruch jego narzędzia można wprawdzie zaobserwować od razu, ale dźwięk dotrze do was dopiero za kilka sekund. To tak bardzo rzuca się w oczy, że każdy na pewno kiedyś już to zauważył.

Podobnie, lecz o wiele trudniej, jest z ziemskim człowiekiem na ziemi i jego wolą, a czynem. Wola zapłonie w duchu i w duchu natychmiast jest czynem. Do tego jednak, aby wola mogła w widzialny sposób urzeczywistnić się w gęstomaterialności, potrzebne jest jeszcze ciało gęstomaterialne. Tylko w przypadku impulsu każde ciało reaguje już po kilku sekundach od momentu, w którym przejawiła się wola. Wtedy jest wyłączona żmudna praca przedniego mózgu, który na ogół ma pośredniczyć w przekazywaniu woli aż po wpływ na czynność ciała.

Zwykle jednak trwa to trochę dłużej. Często zdarza się, że czyn, który nastąpi, jest słabszy lub wręcz się nie przejawi, ponieważ chcenie zostało na dłuższej drodze osłabione lub całkiem zatrzymane przez dociekliwość rozumu.

Chociaż nie ma to bezpośredniego związku, chciałbym przy tej okazji wskazać na skutki działania prawa przyciągania jednorodnego, które umykają uwadze, choć w ludzkim postępowaniu wyraźnie się przejawiają.

Wasze prawa ziemskich ludzi opracowane są przez ziemski rozum i także przez rozum są realizowane. To dlatego rozważone przez rozum plany, a więc czyny przemyślane, są oceniane i karane bardziej surowo od czynów dokonanych w afekcie, a więc bez namysłu. Czyny nieprzemyślane bywają z reguły oceniane bardziej pobłażliwie.

I chociaż ziemscy ludzie tego nie zauważają, w rzeczywistości zależy to od jednorodności rozumowego działania, od nacisku prawa stworzenia na wszystkich tych, którzy się bezwarunkowo rozumowi podporządkowują. Dla nich to całkiem zrozumiałe.

W ten sposób, w ogóle o tym nie wiedząc, największą część winy za czyny popełnione w afekcie przypisuje się poziomowi ducha. Prawodawcy ani sędziowie niczego nie podejrzewają, ponieważ opierają się na zupełnie innych, wyłącznie rozumowych zasadach. Ale po głębszym namyśle i przy lepszym poznaniu praw działających w stworzeniu, wszystko ukaże się w zupełnie innym świetle.

A poza tym, żywe Boże prawa w stworzeniu działają całkiem niezależnie i samodzielnie, także podczas ziemskiego osądzania i oceniania, nie znajdując się pod wpływem ludzkich ziemskich praw i pojęć. Chyba żadnemu poważnemu ziemskiemu człowiekowi nie przyjdzie do głowy, że rzeczywista wina, czyli nie tylko to co ludzie winą nazywają, mogłaby w obliczu Bożych praw zostać odpokutowana równocześnie z odbyciem kary, którą podyktował ludzki rozum!

Jak gdyby przez całe tysiąclecia chodziło tu o dwa całkiem różne światy, które ludzkie postępowanie i myślenie od siebie oderwało, chociaż tak naprawdę istnieje tylko jeden świat, w którym powinny panować wyłącznie prawa Boże. Taka ziemska kara może doprowadzić do odpokutowania tylko wtedy, gdy ziemskie prawa i wyroki są całkowicie zgodne z prawami Bożymi w stworzeniu.

Mogą jednakże zaistnieć dwa rodzaje afektów. Takie, które już opisałem i które właściwie powinny być nazywane impulsami oraz takie, które nagle powstają w mózgu przednim, a więc nie w duchu i które są częścią rozumu. Nie można przewidzieć, kiedy się przejawią, ale nie powinny być tak samo ulgowo traktowane, jak czyny impulsywne.

Rozróżnić je i sprawiedliwie osądzić będą mogli jednak tylko tacy ludzie, którzy znają wszystkie Boże prawa w stworzeniu oraz ich skutki. Tak jest w Królestwie Tysiącletnim, w której prawdziwi ludzie nie popełniają już samowolnych występków, ponieważ osiągnęli duchową dojrzałość, która pozwala im we wszelkim myśleniu i postępowaniu współbrzmieć tylko z prawami Bożymi.

Powyższa dygresja niech będzie tylko zachętą do waszych przemyśleń i działań, abyście jeszcze zdążyli przejść bramę do Królestwa Tysiącletniego. Nie należy ona do głównego tematu tego wykładu.

Należy jedynie zapamiętać, że wola i czyn w poziomach duchowych są jednym, podczas gdy w poziomach materialnych oddzielone są gatunkiem materii. Dlatego już kiedyś mówiłem ziemskim ludziom: Duch zapewne jest gotów, lecz ciało jest słabe! Gęstomaterialne ciało nie realizuje więc wszystkiego, co w duchu stało się już wolą i czynem.

A przecież także na ziemi duch w szacie z gęstej materii mógłby sprawić, że jego chcenie stawałoby się zawsze gęstomaterialnym czynem, gdyby nie był zbyt ociężały. Odpowiedzialnością za taką ociężałość nie może obarczać ciała. Przecież każdemu duchowi dano ciało jedynie jako narzędzie, którym musi się nauczyć posługiwać, aby móc z niego we właściwy sposób korzystać.

Duch więc jest dziecięciem stworzenia. I musi w nim dziecięcym pozostać, jeśli chce spełnić zadanie, które stoi przed nim w stworzeniu. Panowanie rozumu oddaliło ziemskiego człowieka od dziecięcości i dlatego nie mogliście jej »pojąć« takiej, jaka jest w rzeczywistości. W ten sposób straciliście jednak w stworzeniu oparcie i ono musi was usunąć jako obcego, wichrzyciela, szkodnika, aby samo mogło pozostać zdrowe.

I tak się stało, że wy ziemscy ludzie swym nieodpowiednim myśleniem i postępowaniem sami wykopaliście sobie grób.

Zadziwia fakt, że każdy ziemski człowiek, który chce, aby Święta Bożego Narodzenia podziałały na niego naprawdę, najpierw musi spróbować przenieść się do swojego dzieciństwa!

To przecież jest dosyć wyraźnym sygnałem, że jako dorosły w ogóle już nie potrafi przeżywać ich z uczuciem. To także oczywisty dowód, że utracił coś, co posiadał będąc dzieckiem! Dlaczego ziemscy ludzie nie zastanowią się nad tym?

Znów chodzi tu o lenistwo ducha, które przeszkadza wam traktować te sprawy poważniej. »To tylko dla dzieci«, myślicie sobie, »Przecież dorośli w ogóle nie mają na to czasu! Muszą myśleć o poważniejszych sprawach«.

Coś ważniejszego! Pod pojęciem tych ważniejszych spraw macie na myśli tylko pogoń za ziemskim, a więc pracę rozumu! Gdy uczuciom daje się wolność, to rozum, aby nie stracić przewagi, szybko spycha wszelkie wspomnienia na dalszy plan!

We wszystkich tych pozornie tak błahych faktach można byłoby poznać największe sprawy, gdyby tylko rozum dał na to więcej czasu.

Lecz on chce panować i walczy stosując wszelki podstęp i fałsz. A właściwie nie on. W rzeczywistości walczy to, co go używa jako narzędzia i za nim się kryje ciemności!

Ciemności nie chciały pozwolić, aby ziemski człowiek we wspomnieniach odnalazł Światło. A w jaki sposób duch pragnie odnaleźć Światło i czerpać z niego nową siłę, poznacie po tym, że wraz ze wspomnieniami o Świętej Nocy Dzieciątka budzi się bliżej nieokreślone, prawie tęskne pragnienie, zdolne wielu ziemskich ludzi przejściowo czule nastroić.

Ten czuły nastrój mógłby się stać najlepszą glebą dla przebudzenia, gdybyście go wykorzystali natychmiast i ze wszystkich sił. Ale niestety, dorośli osiągają przy tym najwyżej poziom marzeń. Tym samym marnujecie powstającą siłę i przegrywacie. Wraz z marzeniami, przemija także okazja, która nie może przynieść pożytku, albo z której nie można korzystać.

I jeśli nawet niejeden z was uroni przy tym kilka łez, to wstydzicie się, staracie się je ukryć, opamiętujecie się w nagłym zrywie, w którym bardzo często widać waszą podświadomą krnąbrność.

Jak wiele moglibyście się ziemscy ludzie z tego nauczyć. Nie bez przyczyny we wspomnieniach dzieciństwa brzmi cichy żal. To podświadome przeczuwanie utraty czegoś, po czym pozostała pustka, to niezdolność do odczuwania jeszcze w dziecięcy sposób.

I na odwrót. Zapewne często obserwowaliście, jak pięknie i orzeźwiająco działa choćby tylko cicha obecność człowieka, którego oczy od czasu do czasu dziecięco zabłyszczą.

Dorośli niech nie zapominają, że »dziecięcy« to nie to samo, co »dziecinny«. Nie wiecie także, dlaczego dziecięcość może tak działać i czym właściwie jest! I dlaczego powiedziałem: »Bądźcie jak dzieci!«

Aby zbadać, co jest dziecięce, musicie najpierw zdać sobie sprawę, że dziecięcość nie ma żadnego związku z dzieckiem. Sami na pewno znacie dzieci, którym brakuje tej naprawdę pięknej dziecięcości! Tak więc są dzieci, które nie mają w sobie dziecięcości! Złośliwe dziecko nigdy nie przejawi się dziecięco, tak samo zresztą, jak dziecko nieumiejące się zachować czyli, dokładniej to określając, dziecko niewychowane!

Jasno z tego wynika, że dziecięcość i dziecko to dwa różne, oddzielne pojęcia.

To, co na ziemi nazywa się dziecięcym, ma swoje źródło w czystości, jest częścią jej działania! Czystości w wyższym, a nie tylko ziemsko – ludzkim sensie. Człowiek, który żyje w promieniu Bożej czystości, który w swym wnętrzu zachowuje miejsce na promyk czystości, zyskuje w ten sposób także dziecięcość i to bez względu na to czy jest w wieku dziecka, czy jest już dorosły.

Dziecięcość jest przejawem czystości wewnętrznej albo oznaką, że taki człowiek oddał się czystości, że jej służy. To wszystko są tylko różne rodzaje wyrażeń i w rzeczywistości to wciąż to samo.

A więc tylko dziecko wewnętrznie czyste może działać dziecięco, a także dorosły, który pielęgnuje w sobie czystość. Dlatego działa on orzeźwiająco, ożywiająco i wzbudza także zaufanie!

Gdzie zaś jest prawdziwa czystość, tam może rozwinąć się także prawdziwa miłość. Przecież Boża Miłość działa w promieniu czystości. Dla niej promień czystości jest drogą, po której kroczy. Inną drogą nie mogła by iść.

Kto do swojego wnętrza nie przyjął promienia czystości, do tego nigdy nie może zawitać promień Miłości Bożej!

Ziemski człowiek jednak sam odrzucił dziecięcość, kiedy odwrócił się od Światła w swym jednostronnym rozumowym myśleniu, dla którego poświęcił wszystko, co mogło wynieść go wzwyż. W ten sposób tysiącem łańcuchów mocno przykuliście się do tej ziemi, a więc do gęstej materii, która tak długo będzie trzymała was pod swoim wpływem, dopóki sami się od niej nie wyzwolicie. Tego jednak nie osiągniecie wraz z ziemską śmiercią, lecz wyłącznie w duchowym swoim przebudzeniu.

Skomentuj »

KOLEJNE dnie i tygodnie Marię wewnętrznie druzgotały.

KOLEJNE dnie i tygodnie Marię wewnętrznie druzgotały. Zmęczona i wyzbyta wszelkiej nadziei pozwalała aby wszystko przepływało obok niej. Chodziła po domu z pustym wzrokiem i nie zwracała uwagi na ziemskie dzieci, które ją obserwowały ze zdziwieniem. Na co jeszcze czeka? Na Jezusa? Tego już utraciła, utraciła na zawsze! Dlaczego sama wytwarza sobie takie męki? Dlaczego obwinia sama siebie, że za wszystko winna jest tylko ona? Maria znalazła się na krawędzi przepaści. W swym utrapieniu nie miała nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Przecież była sama, całe życie. Nie ma ziemskiej matki, przed którą mogłaby otworzyć swoje wnętrze, Józef jest martwy, a Ja Jezus odszedłem. Opuściłem ją.

Czyniła sobie wyrzuty, a pomimo tego odczuwała gorycz wobec niesprawiedliwego osądu, który musiała znosić.

Na czele domu stanął znowu jeden z ziemskich synów. Był wprawdzie młody, ale uświadamiał sobie swoją odpowiedzialność. Dlaczego się z tego nie radowała? Dlaczego nie mogła zapomnieć o mnie ziemskim synu, który ją opuścił? Nie żyli w niedostatku, dom był wzorowo prowadzony, a jednak tęskniła do mnie najstarszego syna. W nocy leżała Maria całe godziny na łóżku i starała się pojąć całą sytuację. Walczyła o poznanie jak nigdy przedtem w swoim życiu. Marnie starała się odpędzić wszystkie ciche wyrzuty sumienia, które nieustannie ją prześladowały.

»To nie moja wina, przecież próbowałam uczynić wszystko, aby zmądrzał!«

»A postępowałaś przy tym sprawiedliwie?«

»Uczyniłam wszystko, aby wychować go w prawej wierze.«

»Uczyniłaś to rzeczywiście? Postępowałaś właściwie wysyłając go do kapłanów, gdy sama byłaś zbyt tchórzliwa odpowiadać jemu na jego pytania?«

»Ma w sobie rzymską krew. Potrzebował twardej ręki.«

»Czyż nie byłaś już kiedyś przeświadczona o tym, że przed Bogiem wszystko jedno, do którego narodu człowiek należy? Nie oburzała cię nienawiść twojego ludu przeciw Rzymianom? Nie kochałaś Rzymianina i nie był on szlachetny i dobry? Może Kreolusa syn pławić się w niskiego gatunku myślach, potrzebował twardej ręki?«

Takie pytania spadały na Marię, aż stawała się całkowicie bezsilna i niezdolna do odpowiedzi.

»Nawróć się, odrzuć odrętwienie, które cię opanowało. Kochaj swojego ziemskiego syna, zaufaj mu, pozwól pójść mu iść po jego drogach i podążaj za nim!«

»Nie mogę! Nie jestem do tego zdolna. Obawa, że mógłby mu ktoś ubliżyć, by mnie zabiła. Muszę uczynić wszystko, abym go zatrzymała. Jest to buntownik, wystąpi przeciw naszej wierze! Robi to, czego nigdy żaden prorok się nie odważył, jakby miał do tego prawo. Panie, i to ma być Mesjasz? Odpowiedz mi! Daj mi znak!«

Głucha cisza… odpowiedź nie nadeszła… Wątpliwości już dawno spowodowały zerwanie łączności ze światłymi wyżynami.

Skomentuj »

ODRĘTWIENIE CZY JUŻ MARTWOTA

ODRĘTWIENIE CZY JUŻ MARTWOTA

10.

W stworzeniu wszystko jest ruchem. Ruch ten, w pełnej zgodności z prawem wywołany ciśnieniem Światła, wytwarza ciepło, które umożliwia powstawanie form. Gdyby nie było Światła, nawet ruch nie mógłby zaistnieć. Łatwo więc wyobrazić sobie także to, że blisko Światła ruch musi być o wiele szybszy i silniejszy niż w wielkiej odległości od Niego.

W wyniku oddalania się od Światła ruch rzeczywiście staje się coraz bardziej wolny i ociężały, co z czasem może doprowadzić nawet do martwoty wszystkich form, które powstały wtedy, gdy jeszcze na początku ruch był żywszy.

Słowo »Światło« oczywiście nie oznacza tu światła jakiejś gwiazdy, lecz Praświatło, którym Jest samo Życie, a więc Bóg!

Aby mógł zostać dopełniony obraz procesu w stworzeniu, ukazany tylko w ogólnych zarysach, chcę zwrócić uwagę na ziemię, która krąży obecnie w o wiele większej odległości od Praświatła niż wiele milionów lat temu. Ziemia była coraz bardziej wydawana na pastwę ciężaru ciemności przez ziemskich ludzi, którzy w swym śmiesznym zarozumialstwie oddalili się od Boga, jednostronnie zbytnio rozwijając swój rozum, który zawsze jest i musi być zwrócony w dół, ku gęstej materii, w tym celu bowiem ziemskim ludziom go dano. Dano go jednak pod warunkiem, że zostanie zachowana zdolność czystego odbioru wszelkich promieniowań i sygnałów z góry, ze światłych wyżyn.

Zadaniem mózgu przedniego jest zajmowanie się wszelką pracą rozumu, zmierzającą do zewnętrznego przejawiania się w substancji najgęstszej, a więc w materii. Tylny mózg ma za zadanie odbiór i przekazywanie do opracowania sygnałów z góry, które są lżejsze i jaśniejsze niż gęsta materia.

Taka harmonijna współpraca obu mózgów miała służyć dobru ziemskiej ludzkości. Jednostronne skłanianie się ziemskich ludzi tylko ku ziemskiemu, a więc ku gęstomaterialnemu działaniu, naruszyło tą harmonijną współpracę, a później całkiem już uniemożliwiło, dosłownie zdławiło, ponieważ z czasem przedni mózg w wyniku nadmiernego obciążenia, w porównaniu z zaniedbywanym mózgiem tylnym, musiał się nieproporcjonalnie rozwinąć, przez co zdolność odbioru tylnego mózgu coraz bardziej słabła. I tak, podczas gęstomaterialnego rozmnażania ziemskich ludzi, w ciągu tysiącleci powstało zło dziedziczne, bowiem dzieci już rodząc się przynosiły ze sobą o wiele lepiej, w stosunku do mózgu tylnego, rozwinięty mózg przedni, a tym samym także zagrożenie wynikające z przebudzenia się grzechu dziedzicznego, który polega na tym, że myślenie zmuszane jest do zwracania się ku sprawom ziemskim, a więc odwrócone od Boga.

Każdy ziemski człowiek, który naprawdę chce, łatwo to wszystko pojmie. W moim Przesłaniu do tego problemu jeszcze wielokrotnie powrócę, aby dokładniej go wyjaśnić.

Przez to powstało wszelkie zło na ziemi, ponieważ ziemski człowiek, wskutek swego duchowego pochodzenia, mógł swoim chceniem wywierać nacisk na wszystko istniejące na ziemi, podczas gdy właśnie w wyniku swego duchowego pochodzenia mógł i powinien był wszystko uwznioślać. Było to przecież i jest, jego prawdziwym zadaniem w późniejszym stworzeniu, gdzie wszystko duchowe w naturalny sposób przewodzi. Zgodnie ze swoją naturą duch może prowadzić w górę, ale także i w dół, jeśli jego chcenie zmierza tylko ku sprawom ziemskim, jak to się stało w przypadku ziemskich ludzi.

W przekazanej w moim Przesłaniu wiedzy o stworzeniu wraz ze związanym z tym wyjaśnieniem wszystkich samoczynnie działających w stworzeniu praw, które można też nazywać prawami natury, ukazuje się bez luk całe tkanie w stworzeniu, co umożliwia jasno poznać wszelkie procesy, a sens całego ludzkiego życia, jego »skąd« i »dokąd«, przedstawione są w nienaruszalnej, prawidłowej kolejności. Przez to daje ona odpowiedź na każde pytanie, o ile ziemski człowiek poważnie poszukuje. Tu nawet najbardziej złośliwi oponenci muszą się zatrzymać, ponieważ ich przebiegłość już nie wystarcza, aby naruszyć doskonały monolit Słowa i zabrać ziemskiej ludzkości także tą pomoc.

Powiedziałem, że ruch w stworzeniu musi być tym wolniejszy, im coś jest bardziej odległe od Praświatła, Źródła ciśnienia, które w konsekwencji przynosi ruch.

Tak wyglądało to nie tak dawno na ziemi. Obecnie ziemia jest podnoszona w górę, gdyż przepływa przez nią mocny bezpośredni nurt Światła.

Z powodu ludzkich przewinień jej orbita oddalała się coraz bardziej, przez to ruchy stawały się coraz bardziej wolne, ociężałe i dlatego wiele spraw było już blisko stadium rozpoczynającego się odrętwienia, a w konsekwencji mogło być martwe.

Także odrętwienie ma wiele stopni i w jego początkach nie tak łatwo je rozpoznać. Nawet podczas dalszego rozwoju rozpoznanie tego bywa niemożliwe, chyba że jakaś chwila olśnienia pobudzi do ostrzejszego postrzegania.

Trudno coś zauważyć już choćby dlatego, że wszystko co żyje w obszarze coraz wolniejszych ruchów, w takim samym stopniu zostaje równomiernie wciągane w narastające gęstnienie, które prowadzi do odrętwienia. To dotyczy nie tylko ziemskiego ciała człowieka, ale wszystkiego, także jego myślenia. Proces ten sięga nawet do najdrobniejszych szczegółów. Tym samym niezauważalnie ulegają zmianie oraz otrzymują inne znaczenie również wszystkie pojęcia, nawet te, które odnoszą się do samego sensu mowy.

Ziemski człowiek nie może tego zauważyć u swojego bliźniego, ponieważ jego samego wloką te same ociężałe wibracje, jeżeli nie stara się wytężać swego chcenia i znów się przebijać duchowo wzwyż, aby ponownie trochę zbliżyć się do Światła. Czyniłby przez to swego ducha coraz bardziej ruchliwym, a w wyniku tego lżejszym i jaśniejszym, co wpływałoby na ziemskie poznawanie.

Lecz wtedy ze strachem i przerażeniem zobaczy lub przynajmniej wyczuje, do jakiego stanu odrętwienia już doszły na tej ziemi wypaczenia wszelkich pojęć. Brakowało daleko sięgającego widzenia tego co najważniejsze, ponieważ wszystko wtłoczone było w ciasne, nieprzenikalne granice, które w swoim czasie musiały całkowicie zdławić wszystko co otaczały.

Często już wskazywałem na wypaczone pojęcia. Pojęcia te, na drodze zmierzającej w dół, powoli wpadłyby w odrętwienie i w martwotę, nieustannie oddalając się od Światła, gdyby nie moja obecność.

Konkretnych przykładów nawet nie trzeba podawać. Na takie objaśnienia wcale nie zwracano by uwagi lub nazywano by je natrętnym chwytaniem za słowa. Ziemscy ludzie są już bowiem zbyt odrętwiali lub martwi, aby chcieli się nad tym głębiej zastanawiać.

Mówiłem już także o mocy słowa, o tej tajemnicy, o tym, że nawet ludzkie słowo może w obrębie ziemi jakiś czas wpływać na działanie stworzenia wspomagająco albo destrukcyjnie, ponieważ brzmienie, barwa głosu i zestawienie słów wprowadzają w ruch siły w stworzeniu, które nie działają według zamysłu mówcy, ale zgodnie z sensem i znaczeniem słowa.

Znaczenie słowa zostało kiedyś dane przez te same siły, które dziś to słowo wprawiają w ruch. Dlatego słowo działa zgodnie z pierwotnym, właściwym znaczeniem, a niekoniecznie z chceniem mówiącego. Słowo i jego znaczenie powstało w wyniku ruchu tych samych sił i dlatego są niepodzielną jednością.

Z kolei ludzkie myślenie wprowadza w ruch inne nurty sił, które odpowiadają sensowi myślenia. Dlatego ziemski człowiek, aby wyrazić swoje myśli, a jednocześnie także jaśniej wyczuwać, powinien się starać właściwie dobierać słowa.

Załóżmy, że pytacie kogoś o coś, o czym słyszał lub, co mógł częściowo także widzieć. Na to pytanie bez zastanowienia odpowie, że wie!

Zdaniem licznych powierzchownych ziemskich ludzi odpowiedź ta byłaby prawidłowa, a jednak z punktu widzenia Prawdy jest ona niewłaściwa i godna potępienia. Stwierdzenie »wiem« oznacza przecież, że mogę dokładnie opisać całą sprawę od początku do końca, włączając w to wszystkie szczegóły, które są mi znane w całym ich ciągu z własnego przeżywania. Dopiero wtedy ziemski człowiek ma prawo powiedzieć, że wie!

Wielka odpowiedzialność zawarta jest w wyrazie »wiedza« i w związanym z tym pojęciu!

Często wskazuję na wielką różnicę między »wiedzą«, a tym co zostało wyuczone. Uczoność wcale jeszcze nie oznacza rzeczywistej wiedzy, ponieważ ona może być tylko czysto osobista, podczas gdy uczenie się czegoś oznacza przyjmowanie treści nieprzeżywanych osobiście.

Usłyszenie czegoś i może nawet częściowo zobaczenie, nawet w przybliżeniu nie oznacza jeszcze rzeczywistej wiedzy! Ziemskiemu człowiekowi nie wolno twierdzić, że »wie«. Najwyżej może powiedzieć »słyszałem o tym« lub »widziałem to«. Jeżeli jednak chce postępować właściwie, to powinien zgodnie z prawdą mówić »nie wiem«!

Jest to wtedy pod każdym względem bardziej odpowiednie niż gdyby opisywał fakty, z którymi sam nie miał nic wspólnego, a więc których nie może doskonale znać. Szerząc niepełne informacje tylko obciążałby innych podejrzeniami lub ich oskarżał, albo wręcz niepotrzebnie stawał się powodem ich nieszczęścia nie znając przy tym prawdziwych powiązań. Dlatego przez pryzmat swojego uczucia precyzyjnie oceniajcie każde słowo, którego chcecie użyć.

Kto się mocniej zastanawia, kto nie chce się godzić z już odrętwiałymi i martwymi pojęciami, kto nie chce dłużej usprawiedliwiać swoich rozgadanych przechwałek i złej woli, ten łatwo zrozumie moje wywody i nauczy się poprzez ciche kontrolowanie być dalekowzrocznym we wszystkim, co ma zamiar powiedzieć.

Wiele takich zawężonych pojęć, mających zgubne skutki, znalazło wśród ziemskich ludzi stałe miejsce. Niewolnicy rozumu zachłannie po nie sięgają i wspierają je jako najbardziej chętni słudzy lucyferskich wpływów najcięższych ciemności.

Uczcie się wnikliwie obserwować nurty w stworzeniu i właściwie z nich korzystać. Niosą one w sobie Bożą Wolę, a przez to Bożą Sprawiedliwość w najczystszej formie. Dopiero potem znów odnajdziecie prawdziwe człowieczeństwo, które wam gwałtem odebrano.

Ileż cierpienia można by przez to uniknąć i ilu ziemskim ludziom złej woli odebrałoby to możliwość działania.

Na karb tego zła trzeba złożyć także to, że opisy ziemskiego życia mojego Jezusa, Syna Bożego, są w niektórych miejscach niezgodne z prawdą, na podstawie czego z czasem powstał pod wpływem ludzkiego myślenia zupełnie fałszywy obraz. Wypaczono również sens słów, które wypowiedziałem. Tak działo się w przypadku wszystkich nauk, które miały powodować uszlachetnianie i udoskonalanie ludzkiego ducha i które awansowały na religie.

W wypaczaniu pojęć kryje się także przyczyna wielkiego zamętu, panującego wśród wszystkich ziemskich ludzi, którzy w coraz mniejszym stopniu mogą się wzajemnie rzeczywiście zrozumieć, z czego później wyrasta i rozkwita niepokój, brak zaufania, obmawianie, zawiść i nienawiść.

Wszystko to było bezspornym objawem postępującego procesu odrętwienia na ziemi dążącego do martwoty!

Poderwijcie swojego ducha, zacznijcie myśleć i mówić dalekowzrocznie i wszechogarniająco. To naturalnie też oznacza, że nie możecie pracować tylko i wyłącznie rozumem, który należy do najgęstszej materii, lecz że swojemu duchowi znów umożliwicie prowadzenie waszego rozumu, aby ten na nowo jemu służył zgodnie z postanowieniem Stworzyciela, dzięki któremu powstaliście tu na ziemi początkowo jeszcze nie zdeformowani.

Tak wiele znajdowało się już w pierwszej fazie odrętwienia. Wkrótce całe wasze myślenie mogłoby zostać przez nie opanowane i musiałoby przebiegać po sztywnych żelaznych torach, które dodatkowo przysporzyłyby wam niewygód oraz cierpień nad cierpieniami, aby w końcu zepchnąć was z poziomu człowieczeństwa do poziomu pustej, tylko ciemnościom służącej maszyny, z dala od wszelkiego Światła.

Skomentuj »